Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom III: METHADEMIC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom III: METHADEMIC. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Epilog

 

Biały i czarny wilk.

Dobro i zło, magia tworząca i magia niszcząca. Byt zdolny świat zbudować, i drugi, który zapragnie obrócić go wniwecz.

Biel czy czerń? Który z nich jest potężniejszy? Który z nich wygra?


Ten, którego głodzisz. Bo rozszarpie ci gardło, gdy najmniej będziesz się tego spodziewać.

Rozdział 61

 

Rankiem wstałam w zaskakująco dobrym humorze. Odpowiedziałam z entuzjazmem na mrukliwe przywitanie Marka, spałaszowałam chętnie podsunięte mi pod nos śniadanie, zapiłam pyszną herbatką i byłam gotowa do akcji. W chwili, gdy zaczęliśmy się zbierać, powrócił jednak strach.

Nie chciałam tam schodzić. Nie chciałam zanurzać się w powietrzu, które wcześniej oparzyło mnie w nos. Nie, nie miałam najmniejszej ochoty na to, by sprawdzić, co takiego jeszcze może ze mną zrobić. W nerwach obserwowałam, jak Mark pakował nasz inwentarz, by w chwili, gdy zrobił krok w stronę głupawej klatki schodowej, oznajmić:

Wiesz co? Ja chyba zmieniłam zdanie.

Zatrzymał się i chwilę trwał tak odwrócony do mnie plecami, albo rozważając, jak powinien na to zareagować, albo próbując się uspokoić i nie wywrócić mnie na lewą stronę, albo w ogóle zastanawiając się, czy aby się nie przesłyszał.

Odnośnie czego? – warknął wreszcie i łypnął na mnie ze złością jednym okiem, połyskującym krwistą czerwienią.

Wiedziałam, że już się nie wycofam, skoro temat zagaiłam, ale naprawdę chciałam przez chwilę spróbować, gdy tylko przyjrzałam się tej minie... Podziękowałam w duchu swojej przemyślności, że kazała mi nie przemieniać się z powrotem w wilka – widziana słabym ludzkim wzrokiem twarz wyverna wyglądała przerażająco, jakie więc wrażenie by na mnie wywarła, gdybym dostrzegła więcej szczegółów...

No... – Spuściłam wzrok i idiotycznie zagrzebałam butem w wilgotnym betonie. A gdybym tak znalazła w nim jakąś podpowiedź? – Chyba nie chcę dłużej być tym twoim detektorem. Tam jest coś takiego...

Za późno na zmianę decyzji – przerwał mi. Wytrzymał parę sekund, nim dodał: – Chyba że chcesz zostać tutaj, bo nie będę odprowadzał cię do wyjścia.

Okej. Z dwojga złego zostanie w zupełnej ciemności, w której nie wiadomo jakie paskudztwo ostrzyło sobie na mnie zęby (czy też szkliło oczka...) brzmiało zdecydowanie gorzej niż zejście w głąb ziemi, do samego źródła upośledzonej energii i...

W porządku, przyznaję, wcale nie brzmiało gorzej. Ale i tak podreptałam za wyvernem jak upierdliwy dwulatek za ulubioną, niekoniecznie podzielającą te uczucia ciocią, ledwo podjął przerwany marsz. Dlaczego mam przeczucie, że będę tego żałować...?

Wielki Niemiec zatrzymał się na chwilę w samym przejściu, na całe szczęście jednak tym razem nie wlazłam mu w plecy, bo przezornie trzymałam się na tyle daleko, by cokolwiek się tam czaiło, nie zdołało połknąć nas za jednym zamachem. Obserwowałam w niemożliwej do stłamszenia fascynacji, jak znowu dobył miecza i wyciągnął go w stronę zachłannej ciemności, w której rozjarzył się niebiesko-zielonym blaskiem. Gdy zmrużyłam słabe, ludzkie oczy, miałam wrażenie, że ze zmatowiałej stali unosi się lekka mgiełka... czy może dym o przedziwnej konsystencji. Piękny był, aż przez chwilę zapragnęłam unieść dłoń bezpośrednio nad nim i sprawdzić, czy jest zimny, czy może sparzy mnie w skórę.

Co to takiego? – spytałam, nie mogąc się powstrzymać, choć gdy się odezwałam, wyczułam ponownie narastające w powietrzu napięcie.

Wyvern był wkurzony. Lub zdenerwowany tak bardzo, że utrzymanie nerwów na wodzy kosztowało go zbyt wiele i bez mojego notorycznego przypominania o własnym istnieniu.

To nie jest zwykły miecz – warknął wreszcie, uznając najwyraźniej, że tyle wystarczy mi za odpowiedź.

Nie wystarczyło, ale znacie mnie już wystarczająco dobrze, by móc się bez trudu tego domyślić i bez moich wtrąceń.

To znaczy?

Tym razem naprawdę na mnie zawarczał. Tak po prostu, bez używania słów, jakby to on był tutaj gigantycznym wilkiem. Choć jestem pewna, że nawet ja, dobrze wiedząc, jak to się robi, z ludzką krtanią takiego dźwięku nie zdołałabym z siebie wydać.

I nie odpowiedział, co było do przewidzenia. Na usta już cisnęły mi się dziesiątki nieprzychylnych komentarzy, ale tym razem uchlałam się w język, bo następnym, co zrobił, było postąpienie kroku naprzód i wejście do cholernej klatki schodowej w otoczeniu fanfar i radosnych pieśni.

Znaczy nie do końca, ale tak to sobie właśnie wyobraziłam, by nie oszaleć z nerwów. Wolę powstrzymywać atak śmiechu niż chęć odwrócenia się i spieprzania jak najdalej...

Ja też się poruszyłam. Nie przekroczyłam progu, ale zerknęłam do środka i obserwowałam, jak wyvern w skupieniu przygląda się wszystkim ścianom, przyświecając sobie trzymaną blisko kulą ognia. Oczy mu przez nią lśniły tak mocno, że nie potrafiłam stwierdzić, jakim kolorem się mieniły, a to pomogłoby mi ocenić, w jakim mógł być nastroju...

Klatka schodowa była otynkowana i pomalowana na dwa kolory, jak w typowym bloku: do połowy ściany królował wyjątkowo paskudny cytrynowy żółty, wciąż błyszczący pomimo upływu lat, wyżej zaś uzupełniała go biel, w okolicach stropu poprzerastana plamami zielonkawej pleśni. Ciekawe, czy nie powinna ona być biała, skoro wyrosła głęboko pod ziemią i nie miała dostępu do światła słonecznego...?

Tak, wiecie już, kto tu ma piątkę z biologii.

Schody biegły w dół i zakręcały na półpiętrze, nie mogłam więc dostrzec ze swojego miejsca, co ewentualnie może znajdować się na niższym poziomie. Czekałam, aż wyvern podejmie jakąś decyzję, niecierpliwie przebierając nogami.

Spróbuj wejść do środka – zarządził w końcu.

Okej, to mnie zaskoczyło.

Żeby sprawdzić, jak szybko usmażę się na skwarka? – palnęłam, nim zdążyłam dziabnąć się w ten głupi jęzor.

Dokładnie.

Minę miał cały czas kamienną, więc chwilę przypatrywałam mu się nieufnie, próbując ocenić, w jakim procencie mówi serio, a w jakim robi sobie ze mnie jaja, wreszcie jednak poddałam się i faktycznie po prostu do środka wlazłam, uznawszy, że nie naraziłby mnie na pewną śmierć, skoro byłam mu jeszcze potrzebna.

No i w chwili, gdy cała znalazłam się w stosunkowo niedużym, lecz nieprzyjemnie wysokim pomieszczeniu, wreszcie to poczułam.

Aura anomalii była wszędzie. Liznęła mnie, delikatnie szczypiąc w odsłonięte partie skóry, od jej dziwnego zapachu aż zakręciło mi się w głowie. To był aromat bijący z krateru – mokry cement, tania farba drukarska, może odrobina starego papieru...

To był najpiękniejszy zapach, jaki czułam kiedykolwiek w swoim życiu.

Jestem węchowcem, jak każdy wilkołak. Prawie każdy przedmiot, jaki wpadnie mi w ręce, odruchowo unoszę do nosa, wiele miejsc, sytuacji i osób oceniam na podstawie woni, jaką wydzielają. Węch mam może i niewiele, ale jednak ostrzejszy od człowieka, co nieraz bywa poważnym utrapieniem, ale również darem, bo pozwala zauważyć znacznie więcej, uzyskać pełniejszy obraz świata. Bo czym by była chociażby zwykła wiosna bez tej świeżości w powietrzu? Uwielbiam wiele różnych zapachów i często do nich wracam. Futerko mojego Kota, książki i papier ogółem, świeża zieleń, nocna mgiełka otulająca miasto. Zapachowe świece, lekko piżmowy dezodorant Ladona, świeży czosnek i mocne przyprawy, ciepłe curry. Wiele tego. Ale nic nie ma prawa równać się z obezwładniającym aromatem prawdziwej potężnej anomalii... Aromatem vurda, jeśli faktycznie ten zapach właśnie nim jest.

Zaczęłam węszyć. Po prostu uniosłam lekko głowę, przymknęłam oczy, by mniej czynników mnie rozpraszało, i skupiłam się na wciąganym do płuc powietrzu, pozwalając, by wolniutko ocierało się o wszystkie drobne włoski w moim ludzkim nosie. Nie przemieniałam się w wilka, bo i nie myślałam o tym – w mojej głowie zabrakło miejsca na cokolwiek prócz tej fascynującej woni. Przez chwilę dosłownie nie liczyło się nic oprócz mniej. Niemiecki wyvern, który wyglądał na wiekowo zbliżonego do mojego ojca, ale budził we mnie uczucia, przez które chciałam zachowywać się jak zakochana nastolatka? Podziemia, w których czaiło się na mnie nie wiadomo jakie cholerstwo? Niszczejące miasto, pod którym znajdowało się skupisko upośledzonej magii tak ogromne, że równie dobrze mogło wywrócić je na nice i przenieść do drugiego świata, zabijając wszystkich mieszkańców? Nie pamiętałam o żadnym z tych szczegółów.

Właśnie – szczegóły. Nic więcej. Jakieś drobne utrapienia, nie pozwalające mi w pełni skupić się na tym, co czułam. I tyle.

Co czujesz?

Niski, zachrypnięty głos Marka dziwnie niósł się po pustej klatce schodowej. Choć stał w pewnym oddaleniu ode mnie, odniosłam wrażenie, jakby mężczyzna szeptał mi bezpośrednio do ucha.

Nie odpowiedziałam. Słowa tylko zmąciłyby aurę tej chwili. Po prostu rzuciłam mu poważne spojrzenie, mając nadzieję, że przekazałam nim skutecznie, iż ma mi nie przeszkadzać i grzecznie robić to, co mu każę, bo teraz to ja wkraczam do działania, i rozejrzałam się śmielszym okiem po ścianach. Usłyszałam, że facet nabiera powietrza, by zaprotestować, może wytknąć mi, gdzie powinnam sobie wsadzić te nowo odkryte dyktatorskie zapędy, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo właśnie wtedy sięgnęłam do włącznika światła.

Był stary, ceramiczny, całkiem elegancki. Przekręcany w dodatku. Miłośnicy antyków z pewnością zapłaciliby za niego ładne krocie, gdybym tylko zdołała go wymontować i bezproblemowo wynieść na powierzchnię... i w ogóle sprzedać, bo znając życie zamontowałabym go gdzieś w domu, nie chcąc się z takim cudem rozstawać. Na przykład w przedpokoju, gdzie cudowny, podwójny włącznik typu „szalony PRL” nie dość, że straszył, to jeszcze notorycznie odmawiał posłuszeństwa i z oświetlenia czynił niezłą dyskotekę, możliwą do ukrócenia jedynie po solidnym grzmotnięciu pięścią w ścianę. Tak, ładnie by ta rzecz u mnie wyglądała... Właściwie to sięgnęłam do niej tak sobie po prostu, by sprawdzić, czy w ogóle dalej da się go przekręcić, czy już tak zardzewiał w środku, że mechanizm zostanie mi w dłoni. Ostatnim, czego się spodziewałam, było to, że stercząca z sufitu goła żarówka faktycznie się zapali.

O kuźwa! – wyrwało mi się. Na moment zdołałam się wybić ze spowodowanego bliskością anomalii transu, więc z typową dla siebie dziecinną uciechą zgasiłam światło i zapaliłam je jeszcze raz. – Jakim cudem to działa?

Jesteśmy w cholernej anomalii. – Mark był tak zdenerwowany, że mało brakowało, a cedziłby te słowa między zaciśniętymi ostrymi zębami. Dłoń na rękojeści miecza drgała mu lekko, mocno obejmujące ją palce aż bielały od siły, jaką w nie wkładał. Pewnie zupełnie nieświadomie. – Tutaj wszystko działa dokładnie tak, jak samo uważa.

Kratery mają... jaźń.

Nie, nie wiem, dlaczego akurat to powiedziałam. Grunt, że facet spojrzał na mnie jak na urwaną z choinki, a brwi niemal zbiegły mu się na środku czoła, łącząc w jedną, solidną gąsienicę.

Co mają? – jęknął po dłuższej chwili. Tak, dobrze zrozumieliście – tym razem to on się zdenerwował, że nie raczyłam rozwinąć tematu. Ach, jakież to satysfakcjonujące, tak się paskudnie zemścić...

Szkoda tylko, że ja faktycznie nie miałam bladego pojęcia, co więcej mogłabym dodać.

No... mają jaźń – powtórzyłam, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Przesunęłam palcem po metalowej balustradzie schodów, udając, że właśnie to był mój zamiar i wcale nie robię tak, bo nie wiem, jak zareagowałabym, gdybym nawiązała z wściekłym wyvernem kontakt wzrokowy. – Wyczułam to już jakiś czas temu, ale nie wiem, jak dokładniej to wytłumaczyć. One w jakiś sposób... są żywe. Oczywiście nie tak, jak ja czy ty, ale... powiedzmy, że jak rośliny. Czy może raczej jak coś pomiędzy roślinami a zwierzętami.

Tak... w pewien sposób – potwierdził ostrożnie i wolno skinął głową. – Tylko że jakim cudem akurat ty to wyczuwasz? – dodał znacznie ciszej i takim tonem, jakby wcale nie było skierowane do mnie.

A bo ja wiem? – Bezradnie rozłożyłam ręce.

A wyczuwasz, co jest tam, na dole?

Tan nagła zmiana tematu wprawiła mnie w chwilową dekoncentrację, ale pozbierałam się zaskakująco szybko jak na sytuację.

Nie – przyznałam z lekkim wstydem. – Ale i tak tam idziemy, prawda?

Nie odpowiedział, po prostu eleganckim gestem wskazał mi schody.

Chyba naprawdę chciał, żeby ewentualny problem pożywił się najpierw mną. Ale nie miałam mu tego za złe, bo jeszcze niedawno sama miałam ochotę zaczekać, aż ten hipotetyczny głodny delikwent najpierw zaspokoi pierwszy głód niemieckim mięskiem... Po mnie mógłby być tylko jeszcze bardziej wkurzony zakłócaniem wiekuistego spokoju, skoro byłam tak żylasta i koścista, że niechybnie bym mu w gardle stanęła.

Dałam jeszcze chwilę oczom, by przywykły do mocniejszego światła i znowu zaczęły dostrzegać szczegóły, i faktycznie poszłam naprzód. Zdołałam zepchnąć strach na dalszy plan, gdy coś mnie tak silnie przywoływało...

Musiałam to coś zobaczyć. Po prostu musiałam.

Najchętniej przemieniłabym się w wilka, lecz stopnie były stosunkowo niewielkie i na tyle krótkie, że zajęłabym ciałem prawie całą długość jednego ich ciągu. I pewnie miałabym problemy z zawracaniem na półpiętrze, wygrał więc zdrowy rozsądek. Marzyłam, by doświadczyć tego mocniejszymi zmysłami, ale musiałam na to poczekać...

Podobno wyczekany prezent cieszy bardziej, prawda?

Mark poszedł za mną, nie chowając miecza. Czułam od niego specyficzne zdenerwowanie, ale tym razem odbierałam wokół zbyt wiele intrygujących rzeczy, żeby skupiać się na jego emocjach. Wystarczyło mi tyle, że nie zamierzał robić ze mnie szaszłyka, bo to nie ja byłam tym, co wprawiało go w podobny nastrój. W pewnym momencie nawet zaczęłam ignorować to, że z czasem zaczął zostawać lekko w tyle, i przestałam się za nim rozglądać. Coś gnało mnie naprzód, budziło we mnie niemożliwą do zignorowania, przypominającą wewnętrzne swędzenie niecierpliwość. Trochę jak chęć przemiany w dniu przed pełnią, tylko że kilkukrotnie mocniej...

Sceneria się stopniowo zmieniała... czy może zmianie ulegały jej warianty kolorystyczne. Klatka schodowa ciągnęła się głęboko, lecz po każdych dwóch obrotach – trochę jak pokonaniu całego piętra w bloku – zmieniał się kolor na ścianach. Żółć ustąpiła gwałtownie miejsca paskudnemu, mięsistemu różowi, potem jaskrawemu niebieskiemu i wpadającemu w miętę zielonemu. I gdy już nabrałam pewności, że zaraz pojawi się reszta tej rozkosznej tęczy, schody ucięły się gwałtownie, a mnie zatrzymało obszerne przejście do ogromnej podziemnej groty.

Okej, znajdujemy się w pasie nizin. Tutaj nie ma takich rzeczy tak płytko pod ziemią! A jednak...

Obejrzałam się na Marka. I doznałam szoku, bo wyvern wyglądał jak chory... albo przynajmniej jakby stoczył jakąś poważną bitwę. Zatrzymał się u mojego boku, widziałam więc dobrze, że jego twarz rosiły krople potu. Jedno oko płonęło mu krwistą czerwienią, drugie pozostawało niemal białe i poważne, prawą ręką trzymał się wpół, jakby coś go bolało, a w lewej wciąż kurczowo zaciskał rękojeść miecza.

Co jest? – spytałam powoli. Jaka ładna zamiana ról!

Nic – wycedził. W jego oczach pojawiło się coś dzikiego, wargi drgnęły. Pokazał mi ostre kły i znowu spojrzał na przejście, sycząc pod nosem kilka przekleństw w języku, którego nie rozpoznałam. Na pewno nie był to niemiecki, brzmiał raczej jak jego połączenie z kilkoma innymi językami, między innymi norweskim.

Przecież widzę, że... – spróbowałam, ale znowu oberwało mi się nieludzkim warknięciem. Na skórze mężczyzny zapełgały różnobarwne płomienie, znak, że z trudem już panuje nad sobą. Wolałam się odsunąć...

Ale to mnie martwiło. No bo jeśli on straci panowanie nad sobą, jeśli w ogóle jemu coś się stanie, to jak ja chociażby trafię do wyjścia? Już nie wspominając o tym, że na samą myśl, iż miałoby mu się coś stać, poczułam podejrzany ucisk w piersi...

Nie zrozumcie mnie źle, ja mam naprawdę miękkie serduszko, ale z reguły nie przywiązuję się do zupełnie obcych facetów, zwłaszcza jeśli przez cały czas skrupulatnie pracują na to, by wyprowadzić mnie z równowagi. A jednak poczułam się tak, jakbym właśnie stawała w obliczu ciężkiej choroby kogoś naprawdę mi bliskiego. Może nie członka wilczej watahy, ale rodziny już jak najbardziej...

Co za absurd! Nie odezwałam się słowem, gdy analizowałam te uczucia, mogłam więc tylko obserwować, jak facet mnie wymija i wychodzi z klatki schodowej do tej cholernie wielkiej groty.

No właśnie. Ta grota była kolejnym, czego w zasadzie nie umiałam sobie przyswoić. Potrząsnęłam głową, zaczerpnęłam głęboko tchu i poszłam za Markiem, mając nadzieję, że zaraz nie odwali mi do reszty, bo to, co tam na mnie czekało, jak najbardziej temu sprzyjało. Jeśli ja od razu po powrocie z tej wyprawy nie zgłoszę się do mamy po jakieś magiczne tabletki, to znaczy, że wróciłam martwa.

Ledwie weszłam do środka (czy może wyszłam na zewnątrz? Ciężko to było stwierdzić), utraciłam wszelkie siły do trzymania ust zamkniętych. Bo wystarczyło kilka kroków, bym z dziwnej klatki schodowej znalazła się w... magicznym lesie? Chyba mogę tak to określić, nawet jeśli to słowo nie pasuje w zupełności, skoro zamiast drzew widziałam wielkie, świecące grzyby.

Było ich mnóstwo i przybierały wszelkie możliwe kształty i rozmiary, jakie tylko byłabym w stanie sobie wyobrazić. Ogromne i przysadziste, jak dumne, szlachetne borowiki, lecz o idealnie białych nóżkach i niebieskich, różowo nakrapianych kapeluszach. Wysmukłe i obleczone w białą koronkę, o spiczastych czubkach ostro celujących w sklepienie groty. Chyboczące się na cienkich witkach, idealnie kuliste, wydzielające opalizujący na niebiesko i zielono śluz, pylące na złoto... Było tam dosłownie wszystko. I były tego miliony. I tak prześlicznie świeciły...

To była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam, i wszystko było tak przesiąknięte vurdem, że aż zakręciło mi się w głowie. Nie poczułam słabości – ja aż zatoczyłam się od nagłego przypływu siły i musiałam wesprzeć się na futrynie przejścia, by w ogóle ustać na nogach, zamiast zwalić się bezładnie na ziemię i zacząć tarzać się w fosforyzującym mchu, nie mogąc wytrzymać rozpierającej mnie euforii! Chciałam biegać, chciałam skakać, chciałam tańczyć, chciałam krzyczeć ze szczęścia i płakać jednocześnie. Chciałam wbiec w największą gęstwinę, przybierając wilczą skórę, i zagubić się w niej na długo, być może na zawsze. Dać się jej zagarnąć, opanować całkowicie i bezdyskusyjnie, pozwolić, by ta moc wniknęła w moje ciało i umysł...

Ja byłam tą mocą, a ona była mną.

Idziesz? – warknął na mnie Mark, oglądając się przez ramię, ale nie zareagowałam. Rozszerzonymi oczami obserwowałam drogę unoszących się w powietrzu drobinek, a następnie aż podskoczyłam, gdy tuż obok nosa przeleciał mi największy i najdziwniejszy motyl, jakiego kiedykolwiek widziałam. Miał podłużny kształt, trochę jak ważka, i lśniące, fioletowo-różowe skrzydła, wyglądające jak wykonane z cieniuteńkich plasterków kryształu. Lśniły w tym cudownym blasku i dzwoniły cichutko, jakby akompaniowały cudownej, niedosłyszalnej muzyce...

Ja poniekąd tą muzykę słyszałam, bo składało się na nią całe niesamowite życie, jakie się przede mną otwierało. Każda z tych drobinek była na swój oszałamiający sposób żywa i świadoma. Powietrze dosłownie iskrzyło od przepajającej je mocy...

To była najczystsza energia wszelkiego stworzenia. To było dokładnie to, z czego brało się wszelkie życie. Mark nie kłamał, gdy mówił, że to z vurda utkano świat. Nie wierzyłam mu, lecz teraz, gdy na to wszystko patrzyłam... Jak mogłam zarzucać mu kłamstwo lub przesadę, skoro zastałam coś takiego?

Warknęłam i zaklęłam, gdy wyvern złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą. Nogi miałam jak z waty i najchętniej opadłabym na cztery łapy, ale nie zamierzałam dłużej narzekać, gdy pociągnął mnie głębiej ledwie widoczną ścieżką pomiędzy grzybami. Ogromne kapelusze, przywodzące mi na myśl kanie, rozkładały się nad nami szeroko, skupiając całą masę połyskujących światełek, może jakichś owadów? Mech pod naszymi nogami pod wpływem nacisku zaczynał lśnić i upuszczać więcej złotego pyłku. Podobne to było do lasu w Zimnej Wodzie... Wręcz bardzo podobne, a jednak inne. Mocniejsze. Bardziej... żywe, choć wtedy za nic nie uwierzyłabym, że kiedyś coś takiego powiem.

A ja... jakoś do tego świata przynależałam. Czułam się tutaj wielka, niezwyciężona, wszechpotężna. Doskonała. Jakby należał do mnie cały czas przeklętego świata i tylko ode mnie zależało, co zrobię...

Właśnie szliśmy to wszystko zabić. Czy tak? A w takim razie...

Czy ja mogłam na to pozwolić? Czy mogłam...

Niczego już nie wiedziałam.

Nie wiem, ile tak szliśmy. Minęliśmy kępkę maleńkich, podrygujących szaleńczo fioletowych grzybków, które wysunęły ostre jak szpile kolce, gdy podeszłam do nich bliżej. Potem były niesamowite krzewy, wyglądające jak ciasne sploty koronkowej grzybni. I przypominające kominki grzybki, które nadymały się mocno i co jakiś czas pękały, wypuszczając w powietrze świetlisty, lekko owocowy w zapachu pyłek. Potem były też niesamowitej wielkości, lekko fioletowawe muchomory o doskonałych kropeczkach na kapeluszach. I chmary kryształowych motyli, i opalizujące tęczowo ważki wielkości mojego przedramienia, i cała masa innych zapierających dech w piersi cudów...

Czy vurd mógł być zły? Albo niewłaściwy? Czy my aby na pewno robiliśmy dobrze, że szliśmy, by go... zlikwidować? Zamknięcie dziury, z której się wydostawał, przecież zabije to wszystko wokół co do drobinki, nie miałam najmniejszych wątpliwości. Czy tak właśnie trzeba? Czym są życia tej garstki ludzi na powierzchni wobec tego ogromu dobra?

Ludzie są źli, a ich świat jest cholernie martwy. Pierwszy Świat zdycha, przesiąknięty nienawiścią, okrucieństwem, zanieczyszczeniami, bezmyślnością i ślepotą. Gdy zestawić go z takim ogromem piękna i żywej radości, łatwo można zwątpić, że jest dla niego jakiś ratunek...

Spuszczenie tej energii ze smyczy, pozwolenie, by szalała wedle własnego uznania, to jedynie skrócenie bolesnej śmierci. Tak właśnie. Przecież ja od zawsze tak uważałam, racja? Przecież już się zastanawiałam, jak poradzę sobie bez tej dziwnej aury, przesycającej nocne powietrze i zalegającą nisko mgłę. Dumałam, co zrobię, gdy braknie mi... czegoś w rodzaju życiowego celu. Tego czegoś, dzięki czemu, spoglądając na świat, widziałam znacznie więcej, doświadczałam mocniej i bardziej. Tego, co czyniło moje ponure miasto niezwykłym...

Bez tego będzie tylko kolejnym zabiedzonym skupiskiem bezmyślnych, okrutnych ludzi, tak nieszczęśliwych, że muszą krzywdzić innych, by przynieść chwilową ulgę sobie samym. Warto coś takiego ratować? Warto ratować brudną, cuchnącą spalinami, betonową rzeczywistość, w której liczą się jedynie pieniądze, obserwujący na portalach społecznościowych i wegetacja pomiędzy pracą a upragnionym pójściem spać? Warto ratować takie głośne, chaotyczne życie bez perspektyw, skoro zastąpić miałoby je coś tak radosnego, tak nieskończenie idealnego?

Mniejsze zło... Która to z dostępnych opcji?

Nie wiem dlaczego, ale te rozważania przywiodły mnie nagle do jednej, krótkiej myśli: Antykreator. A to było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Jak olśnienie, rozwiązanie, na które czekałam od zawsze... choć w zasadzie nie rozwiązywało niczego. Bo wiedziałam, że według podań Drugiego Świata ktoś taki istnieje. Wiedziałam, że Vuko jakoś mnie z nim łączył, a także ostrzegał przed Markiem. Kazał wystrzegać mi się wyverna z pradawnym mieczem... tylko dlaczego? Nie rozumiałam jego zagadek, ale czułam, że łączyła je osoba Antykreatora... a także Proroka, którym nazywał mnie. Ale czy...

Niemożliwe. Przez krótką chwilę zaświtało mi, że Mark może być Antykreatorem. Może być tym całym Ylnetherem Rheyinem i Antykreatorem jednocześnie... Już wcześniej coś mi dzwoniło z tyłu głowy, ale...

Nie, to jakiś absurd. Może i wcześniej nazwałam go tak parę razy w myślach, choć nawet nie jestem tego teraz pewna. Może i kojarzyło mi się w nim tak parę cech. Może i był drugim wyvernem, jakiego w życiu spotkałam, i przy okazji najpotężniejszym i najbardziej przerażającym kolesiem, jakiego spotkam kiedykolwiek, ale takie wspominki i porównania to jedno, a uwierzenie w to tak naprawdę... to zupełnie co innego. Coś...

Coś, co może mieć przerażające konsekwencje. Ale skąd ja to wiem? Dlaczego muszę nad tym...

Nie wiedziałam już niczego. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę z tego, że nie miałam już pojęcia, co wymyśliłam wcześniej, choćby i żartem, a co zaświtało mi w głowie dopiero teraz. Czas stał się płaski, bez wymiaru... Liczyło się jedynie to, że wiem, a nie kiedy pierwszy raz mi się objawiło. Było tu i teraz.

Było niewielkie wzniesienie, na które się wspinaliśmy, i unoszące się w powietrzu świetliste coś, co wyglądało jak szczelina w strukturze rzeczywistości. Przywoływało mnie to i przerażało jednocześnie. Przerażało swoją mocą, niezmierzonością, niemożliwością...

Tam się kryła potęga. To było źródło wszystkiego. Najczystsze, najpierwotniejsze, najpiękniejsze...

Mark złapał mnie za ramię i siłą pchnął na ziemię. Myślałam, że chce mnie przewrócić, więc spróbowałam stawić mu opór, ale okazało się, że na chwilę opuściły mnie siły. Na szczęście tuż za mną znajdował się średniej wielkości grzybek, którego wcześniej nie zauważyłam – opadłam na niego jak na wygodne krzesło i zawarczałam na wyverna z opóźnieniem. Rzucił mi ciężkie spojrzenie i podszedł bliżej do światła, wyciągając miecz. Pradawna stal wyglądała jak czysta ciemność, jak coś zupełnie przeciwstawnego otaczającej mnie energii...

On się bał. Potężny wyvern z wielkim mieczem był cały spięty ze strachu. Zatrzymał się naprzeciw energii, nachylił lekko w jej stronę. Miecz przekładał w zdrętwiałych ze strachu palcach, mięśnie wyraźnie rysowały mu się na przedramionach, napięte chyba aż do bólu. W zupełnie teraz czerwonych oczach lśnił lęk silny, obezwładniający wręcz i niszczycielski.

Ja to uczyniłem – wypowiedział samymi ustami.

Powiedział to po niemiecku, wiedziałam o tym, ale z jakiegoś powodu rozumiałam go tak, jakby zwracał się do mnie po polsku, bez chwili zastanowienia. Być może w tym stanie rozumiałabym każdy język? Nie wiem.

Strach. On się bał! On! Ktoś, kto wywróciłby ten świat na nice jednym pstryknięciem palcami!

Nie bój się świata, Antykreatorze – syknęłam. – To świat powinien lękać się ciebie!

Nie wiem, skąd te słowa się we mnie pojawiły. Ale to, że powinny wybrzmieć, czułam akurat z całą pewnością.

Mark zesztywniał. Wydawało mi się, że przeszył go prąd, tak nagle się wyprostował i tak mocno zacisnął dłoń na obłożonej zniszczoną skórą rękojeści miecza. Na jego ciele zapełgały płomienie, odwrócił się do mnie gwałtownie...

Jedno oko miał czerwone, drugie niemal białe. I nigdy jeszcze nie wyglądał tak przerażająco.

Coś ty powiedziała? – wycedził niebezpiecznie niskim głosem. Zaiskrzyła formująca się w jego wolnej prawej ręce kula ognia...

A ja po prostu rzuciłam mu się do gardła, w locie przemieniając się w wilka.

Tyś jest przebudzeniem, Proroku!

Mężczyzna jęknął, gdy wpadłam w niego z impetem całych stu pięćdziesięciu kilogramów, i runął na plecy. Potoczyliśmy się w dół wzniesienia, a miecz chwilowo zniknął mi z oczu. Coś we mnie wstąpiło – kłapałam szczękami, próbując złapać go za jakąkolwiek część ciała i rozedrzeć ją na strzępy, drapałam pazurami, szarpałam się wściekle w jego żelaznym chwycie. Jedynym, czego byłam pewna, było to, że był zdolny do zamknięcia tej cholernej szczeliny... a ja nie mogłam mu na to pozwolić.

Ten świat już i tak jest martwy! – krzyknęłam w myślach, mając nadzieję, że mnie usłyszy.

Uderzył mnie pięścią w pysk, aż zobaczyłam wszystkie gwiazdy. W nosie i na języku zebrało mi się sporo krwi, ale nie przestawałam, więc wepchnął mi przedramię między szczęki, jakby miał do czynienia z rzucającym się do niego agresywnym psem. Kłapnęłam, mając nadzieję, że po prostu mu tę rękę odgryzę, skoro była wielkości mojej głowy, ale wtedy pięść dosięgnęła mnie kolejny raz. I tym razem płonęła. Zaskowyczałam z bólu, targnęło mną na bok, ale zdołałam jeszcze złapać go za bark. Ugryzłam cholernie mocno, szarpnęłam i znowu zostałam uderzona – tuż po tym, jak usłyszałam okrzyk bólu i chrzęst pękającej pod naporem kości. Odleciałam na kilka metrów w bok i uderzyłam w nóżkę ogromnego grzyba z taką siłą, że aż mnie zamroczyło.

Nie możesz! – krzyknęłam jeszcze, gdy kątem nieposłusznego oka dostrzegłam, że mężczyzna zerwał się z ziemi z odnalezionym nie wiadomo kiedy mieczem i znowu rzucił do szczeliny. – Nie możesz tego tak po prostu...!

Mógł. Ale nie widziałam już tego, bo ostatecznie straciłam przytomność.

Ocknęłam się kilka chwil lub godzin później – nie umiałam tego określić. Do żywych przywołał mnie moment, gdy Mark zrzucił mnie z ramienia jak bezwładny worek kartofli i ciepnął na leśną ściółkę, niezbyt przejmując się tym, czy nie zrobi mi jeszcze większej krzywdy.

A jakąś już zrobił. Wciąż byłam w wilczym ciele, czułam więc każdy obluzowany kieł, a wokół mojego grzbietu unosił się wyraźny smród spalonej sierści. Nie widziałam na jedno oko, w głowie mi wirowało, zbierało mi się na mdłości. Spróbowałam wstać, ale słuchała mnie tylko lewa połowa ciała – prawą miałam jak sparaliżowaną.

A las był zwyczajny. Zupełnie zwyczajny. Obok widziałam niewyraźny przez zasnuwające mi obraz łzy zarys budynku, w którym znajdowało się przejście do sztolni. Znowu byliśmy na terenie opuszczonej bazy wojskowej, a słońce przeświecało między gałęziami wysokich sosen, rysując gorące refleksy na moim futrze.

Mark też nie wyglądał dobrze – skórzaną kurtkę miał podartą i poznaczoną śladami krwi. Skrzywił się, gdy poruszył lewym ramieniem, zrzucając na ziemię obok mnie plecak. Wyglądało na to, że obojętnie, ile czasu minęło, było go wystarczająco, by jakoś zaleczył najgorsze obrażenia, lecz nadal sprawiały mu ból.

Co się...?

Myśli mi się rozbiegały. A ten przeklęty facet wyglądał na szalonego jeszcze bardziej niż kiedykolwiek... i tak przerażonego, że niemal się cały trząsł.

Ja to uczyniłem... Tak powiedział.

Więc dlaczego nie byłeś konsekwentny i nie pozwoliłeś, by dobiegło końca?

Nie miną millenia, a historia i tak zniknie – warknęłam w myślach.

A morza i wiatr ostatecznie zostaną zdławione – dodał przez zaciśnięte zęby. – Oślepniesz, sięgając czerwonych niebios. To z Wielkiej Przepowiedni, wiesz? – Roześmiał się sucho i głośno. – Oślepniesz, wilczyco, sięgając tam, gdzie nie powinnaś.

Słowa wirowały mi w głowie. Było ich znacznie więcej, lecz nie łączyły się już w całość...

Czas jest jego, a wy ignorujcie ślepotę... Rozczarowany bóg w koronie z rogów i ognistych kolców... Płonące słońce, jasne póki umrze ostatnia gwiazda... Jedyny tak żywy... Ciężar na złamanym życiu...

Prorok martwych światów.

Prorok martwych światów!

Nie waham się sięgać tam, gdzie powinnam, dla rozłamanego świata – wycedziłam, szczerząc zakrwawione kły w szerokim uśmiechu.

Spojrzał na mnie powoli, z namysłem. Sięgnął do plecaka, wygrzebał z niego kilka przedmiotów i rzucił je na ziemię. To były moje rzeczy. Podniósł się, przeciągnął, z grymasem bólu poruszył lewym ramieniem.

Paraliż powinien przejść ci za pół godziny – rzucił obojętnie. – Trafisz do domu, mam rację? Jesteś cholernym wilkiem. W lesie się nie zgubisz.

Chciałam się roześmiać. Tak po prostu – sucho, paskudnie, złośliwie... ale w tym ciele nie potrafiłam. Po prostu patrzyłam, jak odchodzi, zabierając ze sobą coś...

Coś. Jakiś fragment mojej duszy, mojego jestestwa. Zabolało. Chciałam zawyć, zaskowyczeć, zacząć się wić, zerwać się na równe łapy i pobiec za nim...

Chciałam krzyczeć, żeby mnie nie zostawiał, żeby był ze mną, żeby został przy mnie... ale nie mogłam się ruszyć. Mogłam tylko skamleć, w myślach błagając go, by się odwrócił.

Nie zrobił tego.

A aura...

Dziwaczna, niewyjaśniona aura anomalii w środku lasu pozostała.

Nietknięta.

sobota, 15 kwietnia 2023

Rozdział 60

 

Ta część sztolni wyglądała zupełnie inaczej niż w miejscach, w których buszowaliśmy ze sforą. Korytarze były lepiej dopracowane, starannie wykończone, a choć wilgoć i lata opuszczenia zrobiły z nimi swoje, beton na ścianach wciąż był gładki. Nawet gdybym jako wilk nie miała wzroku na tyle doskonałego, że w słabym blasku kuli ognia widziałam równie dobrze jak podczas słonecznego dnia, ciężko byłoby się tutaj o cokolwiek potknąć, bo podłoże wyrównano. Tu i tam zalegały kałuże, wydawało mi się również, że w paru miejscach grunt był nierówny na tyle, że można było wysnuć wniosek, jakoby korytarz się powoli zapadał, ale nigdzie nie znalazłam luźnych kamieni czy większych kawałków gruzu, o które niechybnie wychlastałabym sobie ząbki. Od głównego tunelu odchodziło wiele innych, zupełnie ciemnych i nieco węższych, często również natrafialiśmy na różnej wielkości komory, w których brud i zacieki układały się w sposób sugerujący niegdysiejszą obecność mebli, ale nie przychodziło mi do głowy, co też mogło się tam znajdować. Kwatery dla pracowników? Zdaje mi się, że na zewnątrz budynków było wystarczająco dużo, by nie trzeba było nikogo zmuszać do życia pod ziemią. Chyba że trzymano tu chociażby jeńców wojennych, robiących za tanią siłę roboczą? Riese chyba właśnie tak budowano.

Nie odważyłam się spytać. Choć Mark właściwie sam zapowiedział, że możemy potem pogadać, nie wyglądał na takiego, któremu byłoby to w smak. Chwilami odnosiłam wręcz wrażenie, że za głośno tupię i mu przeszkadzam, przez co odruchowo zaczęłam lżej stawiać łapy i krzywić się za każdym razem, gdy zastukałam pazurami. Mało brakowało, a tuliłabym uszy do głowy, gdy jego spojrzenie kierowało się z grubsza w moją stronę, choć nic nie wskazywało na to, by facet w ogóle zauważał moje istnienie. Jakiś czas po tym, jak zagłębiliśmy się w wybraną przez niego bez wahania ciemną ścieżkę, zaczął traktować mnie jak powietrze. Mogłam w zasadzie robić cokolwiek: zaglądać do wszystkich pomieszczeń, sprawdzać tunele, podchodzić do walających się tu i tam resztek mebli, węszyć aż do zawrotów głowy – nic nie powiedział. Nie zaszczycił mnie nawet jednym posępnym spojrzeniem, po prostu jakbym zamieniła się nagle w ducha...

Chociaż kij go tam wie, czy takiego prawdziwego ducha, o ile one istnieją, nie dałby rady dostrzec.

Nie wiem, ile minęło czasu, nim natknęliśmy się na pierwsze czarne smarki, ale to właśnie ja je znalazłam.

Wlazłam akurat do jednego z bocznych korytarzy i węszyłam w nim z zapałem. Wydał mi się intrygujący, bo był znacznie szerszy i wyższy od głównego, którym poruszaliśmy się prawdopodobnie od jakichś dwóch, może trzech godzin, i nieco gorzej wykończony, jakby wybudowano go znacznie później i wykończono w wielkim pośpiechu. Na ścianach dostrzegłam na wpół rozpuszczone oznaczenia wykonane żółtą farbą, aż świecącą w półmroku. Podeszłam do nich stosunkowo blisko, próbując domyślić się, co mogły symbolizować – wydawało mi się, że to żadna ze znanych mi liter i cyfr, więc miałam przeczucie, że znaczki mogą się okazać dość istotne. Pod ścianą z oznaczeniami walała się sterta drewnianych skrzynek, mniej więcej takich, w jakich trzymało się amunicję na starych wojennych filmach, ale wolałam się do nich nawet nie dotykać – wyglądały na całkiem dobrze zakonserwowane, ale domyślałam się, że wystarczyłoby je lekko trącić, żeby się rozpadły. I pewnie przy okazji narobiły huku zdolnego obudzić wszystkie trupy zakopane w okolicznym lesie... O ile w ogóle nadal znajdowaliśmy się w tym lesie, bo niewykluczone, że wyszliśmy za jego obręb już dawno.

Smark siedział właśnie za tymi skrzynkami.

Początkowo nie wiedziałam, co mnie zaatakowało. Coś mi błysnęło na skraju pola widzenia i śmignęło w moją stronę, a ja odruchowo odskoczyłam, potknęłam się o jedną ze skrzynek, wywinęłam pięknego fikołka i wylądowałam na boku, boleśnie przygniatając sobie lewą przednią łapę. Przypominająca czarną smołę plama śmignęła po ścianie prosto na mnie, wyciągnęła w moją stronę eteryczną mackę i mlasnęła z niezadowoleniem, gdy znowu umknęłam, napompowana adrenaliną do tego stopnia, że ruszałam się dziesięć razy szybciej niż normalnie. Pech chciał, że łapa od uderzenia paskudnie mi zdrętwiała, więc zamiast elegancko rzucić się do ucieczki, wylądowałam praktycznie na pysku parę metrów dalej.

Błysnął ogień, gdy obok mnie zmaterializował się Mark. Czarny smark zapiszczał przeszywająco, kalecząc mnie w uszy, i zajął się fioletowym płomieniem, a następnie zniknął, pozostawiając po sobie kłąb cuchnącego dymu.

Nic ci nie jest? – Wyvern obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem i wrócił do głównego korytarza, zanim zdążyłam odpowiedzieć, najwyraźniej uznawszy, że skoro podniosłam się o własnych siłach, to jednak wszystko ze mną w porządku.

Nie powiem, to miło, że jednak nie zapomniał, że tu jestem, ale i tak...

Kolejnego smarka zauważyłam przypadkiem. Czaił się wśród potłuczonych skrzynek i... obserwował mnie? Ciężko to było stwierdzić, skoro nie miał oczu, lecz takie właśnie odniosłam wrażenie.

Zaraz. Nie miał...?

Skamieniałam, gdy zauważyłam, że coś nieśmiało połyskuje na powierzchni smoły. Przez chwilę wydawało mi się, że może zacznie bulgotać, ale okazało się, że tym czymś wcale nie był bąbel powietrza, a pulsujące nieco ślepko. Jedno, pojedyncze oczko o rozszerzonej źrenicy i wyraźnej rogówce. Gapiło się na mnie z... ciekawością? Już miałam zawołać Marka, gdy obok ślepka pojawiło się kolejne. A potem jeszcze jedno... Wgapiałam się w to jak zahipnotyzowana, aż cała powierzchnia czarnej smoły lśniła przyglądającymi mi się z równym zaangażowaniem oczkami.

Gdybym była człowiekiem, wyrwałby mi się ciąg niewybrednych przekleństw, w tej formie mogłam jednak tylko bezradnie zaskomleć. Wyvern znowu zjawił się jakby znikąd, spojrzał na mnie ze zniecierpliwieniem, a następnie przeniósł wzrok na obiekt mojego zainteresowania. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś, lecz nie widziałam po nim strachu.

O co mu chodzi? – pisnęłam w myślach. – Głodny jest, czy co? Zastanawia się, ile mnie gotować, bym skruszała?

Pojęcia nie mam. – Podrzucił kulkę ognia na dłoni jak piłeczkę. Ślepka podążyły za nią, jakby smark był śledzącym zabawkę kotem. – Rzadko spotyka się takie z oczami.

To źle czy dobrze?

To zależy.

Jak ja kocham te jego odpowiedzi...

Z jakiegoś powodu chciałam zaprotestować, gdy cisnął ogniem w czarną plamę, zupełnie jakbym w chwili ujrzenia jej oczek zaczęła ją mieć za bezbronne zwierzątko, ale nie trafił, prawdopodobnie celowo. Płomienista kulka rozprysnęła się na betonowej wylewce parę centymetrów od smarka i sypnęła iskrami w jego stronę. Istota, czymkolwiek była, musiała zrozumieć groźbę – wszystkie oczka oprócz jednego wniknęły z powrotem w mazistą substancję, kształt rozmył się i jak przemykający szybko cień zniknął za skrzynkami.

Nie jestem pewna, czy chcę go zostawiać za nami – mruknęłam niepewnie. – Chyba będę się w kółko oglądać...

One nie atakują bez powodu. Naruszyłaś jego gniazdo, dlatego cię obserwował. – Mężczyzna znowu zabrał się do głównego korytarza, pchając mnie stanowczo na znak, że tym razem nie zamierza pozwolić, żebym dalej zwlekała. – Nie oddalają się od swoich nor, nie będzie nas gonił.

Czyli to było coś innego niż tamten smark? I te poprzednie, które znaleźliśmy w piwnicy?

Można powiedzieć, że to wyższy stopień ewolucji.

Ale...

Udławiłam się tym „ale”, gdy zmiażdżył mnie wzrokiem. Z jakiegoś powodu cała moja pyskata pewność siebie właśnie w tym momencie postanowiła pomachać białą flagą i spierniczyć w stronę zachodzącego słońca. I być może ja też powinnam to zrobić, zamiast pchać się coraz głębiej pod ziemię...

No proszę, moja pyskatość ma więcej instynktu samozachowawczego niż ja sama. Czy to nie brzmi jakoś... dziwnie?

A kit z tym.

Długo się nie odzywałam. Tym razem trzymałam się znacznie bliżej wyverna, starając się go nie wyprzedzać. Lęk przed tym, co jeszcze mogło czaić się w mroku, skutecznie odbierał mi radość z odkrywania nowych miejsc i dławił moją ciekawość w zarodku. Właściwie w każdej większej plamie mroku widziałam kolejnego smarka z oczkami. Interesujące, że choć nas nie zaatakował, wprawił mnie w o wiele większe przerażenie niż ten, którego Mark spalił... Było w nim coś takiego...

Oglądałam kiedyś taki film. Strasznie słabo go pamiętam i nie wiem nawet, co to był za gatunek, nie świta mi też wiele o tym, jak ostatecznie się rozwinął. Pamiętam tylko atmosferę i kilka pierwszych scen. Było to stare, sądząc po tkwiącej mi w głowie jakości obrazu, ale... nie wiem, naprawdę. Nie przypomnę sobie nawet jaki kraj go wyprodukował. Ale pierwszą scenę znam doskonale. Kamera pokazywała żywą plamę mroku, śluzu czy czegoś bardzo podobnego. Grała muzyka, jak to w starych filmach grozy, a za każdym razem, gdy się wznosiła, na tym dziwacznym stworzeniu pokazywało się małe oczko. Trwało to bardzo długo i oczek stopniowo było coraz więcej i więcej. Hipnotyzowało mnie to w jakiś dziwny sposób i przerażało jednocześnie. Mało mam aż tak ostrych wspomnień, choć na dobrą sprawę nie umiem nawet powiedzieć, dlaczego to wpłynęło na mnie aż tak, bo nie był to pierwszy ani ostatni horror, jaki w życiu widziałam. Gówniak był ze mnie odważny jeśli chodzi o takie rzeczy i nie czułam takiego rodzaju strachu, jaki powinno wykazywać podczas oglądania czegoś takiego każde normalne dziecko. Po prostu zrobiło to na mnie wrażenie i wżarło się w moją psychikę równie skutecznie jak pierwszy strach z dzieciństwa.

Ach, jego pamiętam równie doskonale... Wspominałam może kiedyś, że Jared mieszka z rodzicami w mieszkaniu, które sprzedali im moi rodzice? Spędziłam tam pierwsze cztery lata życia i niewiele z tego pamiętam, bo za mała byłam, ale kojarzę za to zionka. Dlaczego tak się nazywał ani skąd ja go w ogóle wzięłam? Nie wiem, ale zionk był tam obecny i tak przerażający, że dalej czuję jakiś taki mało przyjemny dreszcz, gdy o nim myślę. Każdy dzieciak ma jakiegoś swojego demona, nie?

Okej, spoko, dziwnie to zabrzmiało w kontekście mojego prawdziwego ojca, ale nie o tym miałam.

Dzieckiem byłam dziwnym również pod tym względem, że uwielbiałam ciemność. Nigdy się jej nie bałam, traktowałam ją wręcz jak rodzaj schronienia. Wcześnie zrozumiałam, że mrokiem mogę się otulić jak ciepłym kocykiem i mieć pewność, że nikt mnie tam nie widzi i mogę dzięki temu robić, co chcę. Jedynym przypadkiem, gdy faktycznie odczuwałam przed nim lęk, była sypialnia rodziców, kąt, który dobrze było widać z dużego pokoju i reszty mieszkania. Stały w nim kwiaty mojej mamy i ogólnie w dzień czy przy zapalonym świetle nie było tam nic, czego można by się bać, ale gdy tylko zapadała noc... pojawiał się tam zionk.

Zionki były w sumie dwa, jeden większy, drugi mniejszy. I wyglądały jak zwinięte w naleśnik wzorzyste dywany, jeden czerwony, drugi niebieski, choć zatarło mi się w pamięci, który z nich był tym groźniejszym. I nie wiem, co tak właściwie robiły, grunt, że się ich bałam. Do tego stopnia, że któregoś pięknego dnia, gdy dziadek, wchodząc z zimowego dworu do mieszkania, zawołał żywiołowo „ale ziąb”, ja zrozumiałam „zionk” i zaczęłam się drzeć. Miałam już jakieś sześć lat i od dwóch nie mieszkałam razem z pojawiającymi się po ciemku zionkami, ale macie tu dowód, jak mocno mi to utkwiło... To był właśnie mój pierwszy strach z dzieciństwa.

Teraz zaś... Ciemność w tunelach nie przerażała mnie z racji samej swojej obecności. Niepokoiło mnie to, co się mogło w niej kryć, bo dobrze wiedziałam, że mój nadnaturalny wzrok może okazać się zbyt słaby, by dostrzec zagrożenie w porę.

Odruchowo pozwoliłam, by wilk przejął nade mną pełne władanie. Była pełnia, sama już nie wiem która godzina, ale zwierzę było tak blisko, jak to tylko możliwe. Nie było mi trudno przestawić się na zwierzęcy typ postrzegania. Marka widziałam jako przewodnika, przywódcę, przed którym czułam respekt i nieco lęku i wcale nie zamierzałam już próbować go wyprzedzać, przekonawszy się, czym to może grozić. Jestem pewna, że gdyby na mnie spojrzał, ugięłabym przed nim łapy i zaczęłabym szybko merdać opuszczonym ogonem, kładąc uszy. Może nawet spróbowałabym go polizać po twarzy na znak oddania... Ciekawe swoją drogą, jak by zareagował? Jeśli faktycznie był tajemniczym Ylnetherem Rheyinem, znał się na wilkołaczych zwyczajach o wiele lepiej niż ja, skoro pisał o nich książki w czasach, gdy moja rodzina nie była jeszcze w planach, ale gorzej, jeśli to były tylko moje głupie domysły. Jeśli jeszcze nie miał mnie za idiotkę, to pewnie po takim czymś szybko by to nadrobił.

Dopiero po pewnym czasie uświadomiłam sobie, co mi nie gra i zatrzymałam się.

Im dalej szliśmy, tym robiło się chłodniej, choć różnica była na tyle subtelna, że z łatwością można ją było przegapić. Korytarz opadał tylko odrobinę i nie natrafiliśmy jak na razie na żadne schody oprócz tamtych, którymi się tu dostawaliśmy, ale z jakiegoś powodu czułam, jakbyśmy znajdowali się o wiele głębiej niż na początku. Warstwa betonu, skały i ziemi nad moją głową coraz bardziej mnie przytłaczała, dlatego usilnie starałam się znaleźć cokolwiek, czym mogłabym się zająć, by przestać o tym myśleć, bo i tak niewiele już brakowało, żebym dostała ataku duszności. Wilk ze spazmami wygląda idiotycznie, wiem to dzięki Gabrysi i nie chcę próbować...

Tylko że... no właśnie. W mojej głowie oprócz tych niepokojących myśli panowała idealna cisza.

Mark o dziwo zauważył, że nie idę już za nim. Obrócił się przez ramię i pogonił mnie niecierpliwym gestem, nie mówiąc ani słowa, lecz wtedy ja zapytałam cichym głosem:

Która godzina?

Jeśli potrzebowałam dobrego potwierdzenia, że zgodnie z zapewnieniem nie czyta wszystkich moich myśli, to właśnie je otrzymałam – facet wyglądał, jakby wahał się między teatralnym facepalmem a gruchnięciem dzikim śmiechem.

A co cię obchodzi, która... – zaczął ze zniecierpliwieniem, ale nie dałam mu dokończyć.

Nie słyszę watahy.

Umilkł, przypatrywał mi się dłuższą chwilę w zamyśleniu. Coś tam sobie kalkulował pod tym przystojnym czołem, ale co? Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie to, jak przerobić mnie na dywanik.

Jest koło dwudziestej drugiej – powiedział wreszcie, oszczędnym ruchem sprawdzając zegarek. – Akurat teraz musiał zdechnąć, psiamać... – dodał pod nosem.

Mam telefon w plecaku, może...

Naprawdę musisz to wiedzieć co do sekundy? – Teraz to on przerwał mi. I wcale nie sprawiło mu to trudności, bo byłam tak przestraszona, że właściwie nie mówiłam w myślach, a mamrotałam. – Jest koło dwudziestej drugiej. Plus minus dwadzieścia minut. Co ma znaczyć, że nie słyszysz watahy?

Dokładnie to, co powiedziałam. – Warknęłabym na niego, gdyby nie to, że lodowate kleszcze paniki wydusiły ze mnie właśnie całe powietrze. Uszy same przykleiły mi się do łba, ogon przylgnął do brzucha, sierść stanęła dęba. Aż się cofnęłam kilka kroków, zaskamlałam nieco histerycznie. – Nie słyszę ich!

To była szczera prawda. Byłam całkowicie sama w swojej głowie. Absolutnie, niezaprzeczalnie sama, dokładnie jakbym tkwiła w ciele człowieka, nie wilka. Okej, zdarzało się, w końcu nie zawsze przemieniałam się, gdy reszta też akurat biegała na czterech łapach... ale przecież dzisiaj pełnia! W dodatku koło dziesiątej! Wszyscy mieli spotkać się o dwudziestej pierwszej i wspólnie się przemienić, a ja ich nie słyszę!

Przecież to jest niemożliwe. Gdy należy się do wilczej watahy, nie sposób nie słyszeć jej członków. Niektórzy, tacy jak na przykład Ladon, mogą zamaskować własną obecność za pomocą magii, ale nie uda im się odcięcie od pozostałych. Taki dostaliśmy dar od świata: usprawniający działanie i komunikację, choć nieco upierdliwy wspólny umysł w obrębie stada. Ułatwienie dla solidarnej jednomyślności, można powiedzieć. Odkąd należę do watahy, nie przeżyłam ani jednej pełni całkiem sama. Oni byli tu zawsze, obojętnie czy tego chcieli czy nie. Wycofywali się czasem, skupiali na własnych przemyśleniach, taktownie zajmowali się czymś innym, gdy coś mnie gniotło lub wchodziłam w strefę tego, co wolałabym zachować jedynie dla siebie, ale nie dało się ich ignorować. Nieustannie odbierałam ich emocje, wciąż musiałam się pilnować, by używać własnych zmysłów, a nie kierować tym, co oni widzą, czują i słyszą. Czułam ich poruszające się pod skórą mięśnie, czułam ból, którego oni doświadczali, czułam ich dyskomfort lub wygodę. O tym nie dało się zapomnieć. Choć ciężko się do czegoś takiego przyzwyczaić, nie zatracając gdzieś własnej odrębności, z czasem okazuje się, że nie da się bez tego żyć... a teraz tego zabrakło.

Z jakiego powodu? Co się stało? Przecież nawet gdy należałam przez chwilę jako szpieg do sfory Aresa, ani przez moment nie byłam wilkiem bez stada. W jakiś sposób wyczuwałam wtedy obie sfory, raz lepiej, raz gorzej, ale bez ustanku. To teraz było jakby... oni po prostu zniknęli. Nie ma ich, coś ich wymiotło do innego wymiaru i pozostawiło mnie z niczym. Dominująca wadera bez stada.

Wilcza królowa bez wilków...

To ciekawe – skwitował Mark. Tym razem musiał śledzić moje myśli, uznawszy pewnie, że sama i tak nie powiem mu niczego zrozumiałego w tym stanie. – Nie przypuszczałem, że to możliwe. Spotkaliście się z tym już kiedyś?

Nigdy! – ofuknęłam go, odruchowo błyskając kłami. – Chyba bym tak nie panikowała, gdyby...

Dobrze, już dobrze. – Podniósł dłonie w poddańczym geście, krzywiąc się lekko. – Nie wiem, co na to wpływa. Może jesteśmy zbyt blisko skupiska vurda. Na razie postaraj się tym nie przejmować, i tak zaraz będziemy się zatrzymywać na nocleg.

Nie przejmować się? On sobie ze mnie żartował?

Nie mogłam zgłosić obiekcji. Po prostu odwrócił się i poszedł dalej, zabierając źródło światła. Jeśli nie chciałam zostać tutaj w całkowitej ciemności, musiałam podreptać za nim, choć łapy mi się trzęsły i tak się kuliłam, że musiałam wyglądać na o połowę mniejszą. Już nie mieliśmy oczu na tym samym poziomie – prawie czołgałam się brzuchem w betonie, ogon smętnie wlokłam za sobą, nie umiałam powstrzymać popiskiwania.

Okej, ja jeszcze jestem w towarzystwie faceta, który raczej zareagowałby w inny sposób, gdyby działo się coś wyjątkowo poważnego. Ale co muszą myśleć moi bracia i siostry? Moja wilcza rodzina? Jedynym powodem, dla którego umilkłam w ich głowach, będzie dla nich moja śmierć! Jeśli wszyscy z Ladonem na czele nie oszaleją ze strachu...

Chciałam zawrócić. Teraz, natychmiast! Wyjść chociaż na chwilę na powierzchnię, wysłać im myślową wiadomość, że wszystko ze mną w porządku, ale będę jakiś czas poza zasięgiem, i z czystszym sumieniem podjąć misję... Tylko że ta cholerna powierzchnia znajdowała się właśnie ładnych kilka godzin drogi stąd.

Może się domyślą, że coś jest z tym miejscem nie tak? Czy uznają, że Mark nas blokuje, żebym skupiła się na tym, na czym powinnam? Nie wiem. Spanikowani faceci raczej nie rozumują tym tokiem, tylko od razu wpadają w histerię i idą coś rozwalić, więc szczerze wątpię.

Chociaż... gdybym umarła, pociągnęłabym Ladona za sobą, prawda? Dopóki biały wilk będzie się jako tako trzymał, reszta powinna wyjść z założenia, że ze mną gorzej niż z nim nie może być...

Powinna. Za dużo tu myślenia życzeniowego.

Nie wiem, ile przeszliśmy, tak mnie pochłaniało zamartwianie się. Nie zauważyłam też, że z otoczeniem stopniowo coś zaczyna się dziać... coś dziwnego, choć jak na razie słabo wyczuwalnego. O mało nie wpadłam Markowi w plecy, gdy zatrzymał się w chwili, gdy korytarz przeszedł w nieco wyższą komorę, rozciągającą się daleko na boki.

Ślepy zaułek? – spytałam, by choć na chwilę oderwać myśli od watahy.

Nie do końca. – Uniósł nieco kulę ognia, mogliśmy więc dokładniej się rozejrzeć. Pomieszczenie rozchodziło się daleko na boki, lecz tunelu przed nami już nie było. Zamiast niego w ciemności, za stosunkowo wąskim przejściem ginęło coś, co wyglądało jak zupełnie zwyczajna klatka schodowa, prowadząca w dół.

Jak w bloku – skwitowałam. – Domyślam się, że ta anomalia jest na dole... Ale oni za każdym razem dygali do niej po schodach?

Nie pamiętam tego dokładnie. – Przez twarz znowu przemknął mu jakiś cień. – Ale tam musimy właśnie iść.

Podeszłam ostrożnie do przejścia. Tak, grunt, to nie myśleć, co jest nie halo, i skupić się na tym, po co wyvern mnie tutaj wziął. Już pewnie i tak wychodzę słabo w jego oczach, nie muszę dodatkowo udowadniać, że nie nadaję się do zadania, które mi powierzył... nawet jeśli sama uważam, że tak właśnie jest.

Zatrzymałam się w progu. Znowu zjeżyłam się cała, bo miałam wrażenie, że ciemność... oparzyła mnie w nos. Zelektryzowała mnie całą, zupełnie jakby coś smagnęło mnie niewidzialnym energetycznym biczem. Zaskowyczałam i odskoczyłam ze znacznym opóźnieniem, bo ładnych parę sekund musiało minąć, nim odzyskałam na tyle władzę w ciele. Niewiele brakowało, bym staranowała i wywróciła na plecy nachylającego się nade mną mężczyznę, na szczęście jednak, pomimo swojego wzrostu i ciężkiego plecaka, miał o wiele lepszy refleks ode mnie i tanecznym ruchem uskoczył na bok. Płynnie, bez żadnego wysiłku sięgnął po rękojeść miecza i wyciągnął broń gestem tak naturalnym i niepozornym, że ledwie go zarejestrowałam. Po prostu nagle zmatowiała od licznych rys stal mignęła mi obok łba, na szczęście na tyle daleko od uszu, bym nie poczuła się nią zagrożona.

Chwilę tak staliśmy – wyvern z wyciągniętym mieczem, sztychem celującym w ciemność, ja z odsłoniętymi zębiskami i ciałem napiętym do skoku. Trwało to, choć dobrze widzieliśmy, że na klatce schodowej przecież nic nie ma. Zmiękczony przez kulę ognia mrok nie był całkowity – dobrze widziałam zarys pierwszych stopni, skorodowaną balustradę z paskudną, plastikową nakładką, przywodzącą na myśl klatkę schodową w bloku, otynkowane i pomalowane na dwa kolory ściany. Nie było tam nic niepokojącego... a tym bardziej zdolnego do dziabnięcia mnie w nos.

Fascynujące – odezwał się wreszcie Mark. Opuścił rękę z mieczem, przesunął się bliżej na próg. Sięgnął dłonią w stronę pomieszczenia, chwilę obracał ją z zaciekawieniem, zupełnie jakby coś na niej wypatrzył. Może jakby wsadził ją pod wodę i sprawdzał, jak wygląda z takiej perspektywy? Nie wiem, jak inaczej to opisać.

No porywające! – żachnęłam się, gdy już odzyskałam mowę. – Co to niby było?!

To był właśnie czysty vurd. A przynajmniej tak mi się wydaje. – Nie zaszczycił mnie nawet krótkim spojrzeniem. Cofnął dłoń, tym razem sięgnął klingą miecza... która na krótką chwilę rozbłysła ledwie dostrzegalnym, zielonkawo-niebieskim światłem.

Co? – W razie czego cofnęłam się na parę kroków, ale byłam tak zaskoczona, że zapomniałam, że powinnam również zamknąć pysk, by nie robić z siebie jeszcze głupszej niż w rzeczywistości... – Przecież vurd nie powinien mnie gryźć, tylko mi z ręki jeść...

Albo nie załapał nawiązania do dowcipu, albo nawiązanie było za słabe, by mógł je załapać, albo miał mnie gdzieś.

Dlatego mówię, że to fascynujące – odparł na odczepnego.

I co w związku z tym? – pogoniłam, widząc, że nie kwapi się, by dodać coś więcej.

Jeszcze nie wiem. – Cofnął się wreszcie. Odszedł na parę kroków i rzucił plecak pod ścianę, nie sprawdzając, czy jest tam wystarczająco czysto. Nie było – nawet bez podchodzenia bliżej widziałam, że beton porasta tutaj paskudny, maziowaty od wszechobecnej wilgoci meszek.

Albo glony? Mech chyba nie rośnie tak głęboko pod ziemią, bez światła słonecznego?

I co, teraz będziesz... medytować? – Dokończyłam to bardzo niepewnie, ze zdumieniem obserwując, jak wyvern mości się po turecku bezpośrednio na piekielnie zimnej betonowej podłodze.

Odpoczywać. – Łypnął na mnie ze zniecierpliwieniem. – Zostaniemy tutaj do rana. Wolę podejść do tego wypoczęty, cokolwiek tam jest. – Krótkim gestem wskazał cholerną tajemniczą klatkę schodową.

Cholerna tajemnicza klatka schodowa. Ja z tego chyba uczynię nazwę własną.

Żartujesz? – pisnęłam. – W życiu nie zasnę z czymś takim tuż obok! I nie ma mowy, że jutro tam wejdę! To nie może być vurd, przecież vurd nie próbowałby mi zrobić krzywdy. I przyzywałby mnie. Wziąłeś mnie jako detektor tych energii, więc jako detektor mówię ci teraz: coś jest nie tak i ja się przy tym rozluźniać nie będę!

Uspokój się – warknął, oczy błysnęły mu czerwienią. Aż się wzdrygnęłam i znowu odruchowo położyłam uszy po sobie. – Mówiłem ci już. Energia tutaj mutuje. Nie wiem jeszcze w jakim stopniu ani na ile poważne są uszkodzenia struktury świata, ale niewątpliwie zaszło to na tyle daleko, byś nawet ty odczuwała dyskomfort.

Dyskomfort? – Mało się tym słowem nie zakrztusiłam.

Nie wmówisz mi, że to panika. Widzę, że cokolwiek czujesz, podszyte to jest ekscytacją. – Tym razem uśmiechnął się lekko. – Dla ciebie to niezła przygoda, wilczyco, tylko nie chcesz się do tego przyznać.

To żadna przygoda, tylko... – spróbowałam, ale przerwał mi, ot tak zaczynając sobie gwizdać motyw z Ghost Riders in the Sky.

Jutro tam zejdziemy, dziewczyno – powiedział, gdy już skutecznie mi swoim występem muzycznym zasznurował myślowe usta. – Bez gadania. Na razie spróbuj odpocząć. Kolacja zaraz będzie.

O proszę. A pewna byłam, że to ze mnie zrobi kucharkę. W końcu bycie dżentelmenem gdzieś jednak musi się kończyć...

Przebywanie w wilczym ciele miało swoje niezaprzeczalne plusy: mogłam położyć się gdzie popadnie i jedynie bijące od podłoża zimno mi przeszkadzało. Jako człowiek umarłabym z bólu stawów i wszystkich najdrobniejszych kosteczek po kilku minutach pokładania się na twardym, a tak miałam szansę wytrzymać całkiem wygodnie i do rana. Ułożyłam się obok wyverna, składając łeb na łapach, ale jakoś nie umiałam zmusić futra do wygładzenia się. Obserwowałam, jak mężczyzna otwiera konserwy, podgrzewa ich zawartość nad kolejną wyczarowaną na poczekaniu kulą ognia, rozdziela chleb z eleganckich pakuneczków i nalewa wody do kubków, do których zaraz wrzucił również saszetki z herbatą. Pchnął moją część prowiantu praktycznie pod sam mój nos, odczekałam więc chwilę, aż wszystko odpowiednio przestygnie, i spałaszowałam ze smakiem. Cokolwiek by się nie działo, mój żołądek zawsze przypominał czarną dziurę. A w tym ciele był jeszcze większy... Nie przywykłam do jedzenia jako wilk, sporo więc się namęczyłam, próbując do czysta wylizać puszkę z gulaszem i nie ubrudzić się przy tym aż po uszy, ale przynajmniej po skończonej akcji mogłam położyć się znowu z trochę większą przyjemnością.

Tylko jak ja niby miałam tutaj zasnąć? Z tą dziwną pustką w głowie, gryzącym powietrzem, czającymi się nie wiadomo gdzie smarkami, w tym tymi z oczkami?

Zasypiając, jeszcze przypomniałam sobie z niewiadomych przyczyn wijącego się w mroku maminej sypialni zionka. Ja pierniczę, nie jest dobrze...