Rankiem wstałam w zaskakująco
dobrym humorze. Odpowiedziałam z entuzjazmem na mrukliwe przywitanie
Marka, spałaszowałam chętnie podsunięte mi pod nos śniadanie,
zapiłam pyszną herbatką i byłam gotowa do akcji. W chwili, gdy
zaczęliśmy się zbierać, powrócił jednak strach.
Nie chciałam tam schodzić. Nie
chciałam zanurzać się w powietrzu, które wcześniej oparzyło
mnie w nos. Nie, nie miałam najmniejszej ochoty na to, by sprawdzić,
co takiego jeszcze może ze mną zrobić. W nerwach obserwowałam,
jak Mark pakował nasz inwentarz, by w chwili, gdy zrobił krok w
stronę głupawej klatki schodowej, oznajmić:
– Wiesz co? Ja chyba zmieniłam
zdanie.
Zatrzymał się i chwilę trwał tak
odwrócony do mnie plecami, albo rozważając, jak powinien na to
zareagować, albo próbując się uspokoić i nie wywrócić mnie na
lewą stronę, albo w ogóle zastanawiając się, czy aby się nie
przesłyszał.
– Odnośnie czego? – warknął
wreszcie i łypnął na mnie ze złością jednym okiem, połyskującym
krwistą czerwienią.
Wiedziałam, że już się nie
wycofam, skoro temat zagaiłam, ale naprawdę chciałam przez chwilę
spróbować, gdy tylko przyjrzałam się tej minie... Podziękowałam
w duchu swojej przemyślności, że kazała mi nie przemieniać się
z powrotem w wilka – widziana słabym ludzkim wzrokiem twarz
wyverna wyglądała przerażająco, jakie więc wrażenie by na mnie
wywarła, gdybym dostrzegła więcej szczegółów...
– No... – Spuściłam wzrok i
idiotycznie zagrzebałam butem w wilgotnym betonie. A gdybym tak
znalazła w nim jakąś podpowiedź? – Chyba nie chcę dłużej być
tym twoim detektorem. Tam jest coś takiego...
– Za późno na zmianę decyzji –
przerwał mi. Wytrzymał parę sekund, nim dodał: – Chyba że
chcesz zostać tutaj, bo nie będę odprowadzał cię do wyjścia.
Okej. Z dwojga złego zostanie w
zupełnej ciemności, w której nie wiadomo jakie paskudztwo ostrzyło
sobie na mnie zęby (czy też szkliło oczka...) brzmiało
zdecydowanie gorzej niż zejście w głąb ziemi, do samego źródła
upośledzonej energii i...
W porządku, przyznaję, wcale nie
brzmiało gorzej. Ale i tak podreptałam za wyvernem jak upierdliwy
dwulatek za ulubioną, niekoniecznie podzielającą te uczucia
ciocią, ledwo podjął przerwany marsz. Dlaczego mam przeczucie, że
będę tego żałować...?
Wielki Niemiec zatrzymał się na
chwilę w samym przejściu, na całe szczęście jednak tym razem nie
wlazłam mu w plecy, bo przezornie trzymałam się na tyle daleko, by
cokolwiek się tam czaiło, nie zdołało połknąć nas za jednym
zamachem. Obserwowałam w niemożliwej do stłamszenia fascynacji,
jak znowu dobył miecza i wyciągnął go w stronę zachłannej
ciemności, w której rozjarzył się niebiesko-zielonym blaskiem.
Gdy zmrużyłam słabe, ludzkie oczy, miałam wrażenie, że ze
zmatowiałej stali unosi się lekka mgiełka... czy może dym o
przedziwnej konsystencji. Piękny był, aż przez chwilę zapragnęłam
unieść dłoń bezpośrednio nad nim i sprawdzić, czy jest zimny,
czy może sparzy mnie w skórę.
– Co to takiego? – spytałam,
nie mogąc się powstrzymać, choć gdy się odezwałam, wyczułam
ponownie narastające w powietrzu napięcie.
Wyvern był wkurzony. Lub
zdenerwowany tak bardzo, że utrzymanie nerwów na wodzy kosztowało
go zbyt wiele i bez mojego notorycznego przypominania o własnym
istnieniu.
– To nie jest zwykły miecz –
warknął wreszcie, uznając najwyraźniej, że tyle wystarczy mi za
odpowiedź.
Nie wystarczyło, ale znacie mnie
już wystarczająco dobrze, by móc się bez trudu tego domyślić i
bez moich wtrąceń.
– To znaczy?
Tym razem naprawdę na mnie
zawarczał. Tak po prostu, bez używania słów, jakby to on był
tutaj gigantycznym wilkiem. Choć jestem pewna, że nawet ja, dobrze
wiedząc, jak to się robi, z ludzką krtanią takiego dźwięku nie
zdołałabym z siebie wydać.
I nie odpowiedział, co było do
przewidzenia. Na usta już cisnęły mi się dziesiątki
nieprzychylnych komentarzy, ale tym razem uchlałam się w język, bo
następnym, co zrobił, było postąpienie kroku naprzód i wejście
do cholernej klatki schodowej w otoczeniu fanfar i radosnych pieśni.
Znaczy nie do końca, ale tak to
sobie właśnie wyobraziłam, by nie oszaleć z nerwów. Wolę
powstrzymywać atak śmiechu niż chęć odwrócenia się i
spieprzania jak najdalej...
Ja też się poruszyłam. Nie
przekroczyłam progu, ale zerknęłam do środka i obserwowałam, jak
wyvern w skupieniu przygląda się wszystkim ścianom, przyświecając
sobie trzymaną blisko kulą ognia. Oczy mu przez nią lśniły tak
mocno, że nie potrafiłam stwierdzić, jakim kolorem się mieniły,
a to pomogłoby mi ocenić, w jakim mógł być nastroju...
Klatka schodowa była otynkowana i
pomalowana na dwa kolory, jak w typowym bloku: do połowy ściany
królował wyjątkowo paskudny cytrynowy żółty, wciąż błyszczący
pomimo upływu lat, wyżej zaś uzupełniała go biel, w okolicach
stropu poprzerastana plamami zielonkawej pleśni. Ciekawe, czy nie
powinna ona być biała, skoro wyrosła głęboko pod ziemią i nie
miała dostępu do światła słonecznego...?
Tak, wiecie już, kto tu ma piątkę
z biologii.
Schody biegły w dół i zakręcały
na półpiętrze, nie mogłam więc dostrzec ze swojego miejsca, co
ewentualnie może znajdować się na niższym poziomie. Czekałam, aż
wyvern podejmie jakąś decyzję, niecierpliwie przebierając nogami.
– Spróbuj wejść do środka –
zarządził w końcu.
Okej, to mnie zaskoczyło.
– Żeby sprawdzić, jak szybko
usmażę się na skwarka? – palnęłam, nim zdążyłam dziabnąć
się w ten głupi jęzor.
– Dokładnie.
Minę miał cały czas kamienną,
więc chwilę przypatrywałam mu się nieufnie, próbując ocenić, w
jakim procencie mówi serio, a w jakim robi sobie ze mnie jaja,
wreszcie jednak poddałam się i faktycznie po prostu do środka
wlazłam, uznawszy, że nie naraziłby mnie na pewną śmierć, skoro
byłam mu jeszcze potrzebna.
No i w chwili, gdy cała znalazłam
się w stosunkowo niedużym, lecz nieprzyjemnie wysokim
pomieszczeniu, wreszcie to poczułam.
Aura anomalii była wszędzie.
Liznęła mnie, delikatnie szczypiąc w odsłonięte partie skóry,
od jej dziwnego zapachu aż zakręciło mi się w głowie. To był
aromat bijący z krateru – mokry cement, tania farba drukarska,
może odrobina starego papieru...
To był najpiękniejszy zapach, jaki
czułam kiedykolwiek w swoim życiu.
Jestem węchowcem, jak każdy
wilkołak. Prawie każdy przedmiot, jaki wpadnie mi w ręce,
odruchowo unoszę do nosa, wiele miejsc, sytuacji i osób oceniam na
podstawie woni, jaką wydzielają. Węch mam może i niewiele, ale
jednak ostrzejszy od człowieka, co nieraz bywa poważnym
utrapieniem, ale również darem, bo pozwala zauważyć znacznie
więcej, uzyskać pełniejszy obraz świata. Bo czym by była
chociażby zwykła wiosna bez tej świeżości w powietrzu? Uwielbiam
wiele różnych zapachów i często do nich wracam. Futerko mojego
Kota, książki i papier ogółem, świeża zieleń, nocna mgiełka
otulająca miasto. Zapachowe świece, lekko piżmowy dezodorant
Ladona, świeży czosnek i mocne przyprawy, ciepłe curry. Wiele
tego. Ale nic nie ma prawa równać się z obezwładniającym
aromatem prawdziwej potężnej anomalii... Aromatem vurda,
jeśli faktycznie ten zapach właśnie nim jest.
Zaczęłam węszyć. Po prostu
uniosłam lekko głowę, przymknęłam oczy, by mniej czynników mnie
rozpraszało, i skupiłam się na wciąganym do płuc powietrzu,
pozwalając, by wolniutko ocierało się o wszystkie drobne włoski w
moim ludzkim nosie. Nie przemieniałam się w wilka, bo i nie
myślałam o tym – w mojej głowie zabrakło miejsca na cokolwiek
prócz tej fascynującej woni. Przez chwilę dosłownie nie liczyło
się nic oprócz mniej. Niemiecki wyvern, który wyglądał na
wiekowo zbliżonego do mojego ojca, ale budził we mnie uczucia,
przez które chciałam zachowywać się jak zakochana nastolatka?
Podziemia, w których czaiło się na mnie nie wiadomo jakie
cholerstwo? Niszczejące miasto, pod którym znajdowało się
skupisko upośledzonej magii tak ogromne, że równie dobrze mogło
wywrócić je na nice i przenieść do drugiego świata, zabijając
wszystkich mieszkańców? Nie pamiętałam o żadnym z tych
szczegółów.
Właśnie – szczegóły. Nic
więcej. Jakieś drobne utrapienia, nie pozwalające mi w pełni
skupić się na tym, co czułam. I tyle.
– Co czujesz?
Niski, zachrypnięty głos Marka
dziwnie niósł się po pustej klatce schodowej. Choć stał w pewnym
oddaleniu ode mnie, odniosłam wrażenie, jakby mężczyzna szeptał
mi bezpośrednio do ucha.
Nie odpowiedziałam. Słowa tylko
zmąciłyby aurę tej chwili. Po prostu rzuciłam mu poważne
spojrzenie, mając nadzieję, że przekazałam nim skutecznie, iż ma
mi nie przeszkadzać i grzecznie robić to, co mu każę, bo teraz to
ja wkraczam do działania, i rozejrzałam się śmielszym okiem po
ścianach. Usłyszałam, że facet nabiera powietrza, by
zaprotestować, może wytknąć mi, gdzie powinnam sobie wsadzić te
nowo odkryte dyktatorskie zapędy, ale nie zdążył nic powiedzieć,
bo właśnie wtedy sięgnęłam do włącznika światła.
Był stary, ceramiczny, całkiem
elegancki. Przekręcany w dodatku. Miłośnicy antyków z pewnością
zapłaciliby za niego ładne krocie, gdybym tylko zdołała go
wymontować i bezproblemowo wynieść na powierzchnię... i w ogóle
sprzedać, bo znając życie zamontowałabym go gdzieś w domu, nie
chcąc się z takim cudem rozstawać. Na przykład w przedpokoju,
gdzie cudowny, podwójny włącznik typu „szalony PRL” nie dość,
że straszył, to jeszcze notorycznie odmawiał posłuszeństwa i z
oświetlenia czynił niezłą dyskotekę, możliwą do ukrócenia
jedynie po solidnym grzmotnięciu pięścią w ścianę. Tak, ładnie
by ta rzecz u mnie wyglądała... Właściwie to sięgnęłam do niej
tak sobie po prostu, by sprawdzić, czy w ogóle dalej da się go
przekręcić, czy już tak zardzewiał w środku, że mechanizm
zostanie mi w dłoni. Ostatnim, czego się spodziewałam, było to,
że stercząca z sufitu goła żarówka faktycznie się zapali.
– O kuźwa! – wyrwało mi się.
Na moment zdołałam się wybić ze spowodowanego bliskością
anomalii transu, więc z typową dla siebie dziecinną uciechą
zgasiłam światło i zapaliłam je jeszcze raz. – Jakim cudem to
działa?
– Jesteśmy w cholernej anomalii.
– Mark był tak zdenerwowany, że mało brakowało, a cedziłby te
słowa między zaciśniętymi ostrymi zębami. Dłoń na rękojeści
miecza drgała mu lekko, mocno obejmujące ją palce aż bielały od
siły, jaką w nie wkładał. Pewnie zupełnie nieświadomie. –
Tutaj wszystko działa dokładnie tak, jak samo uważa.
– Kratery mają... jaźń.
Nie, nie wiem, dlaczego akurat to
powiedziałam. Grunt, że facet spojrzał na mnie jak na urwaną z
choinki, a brwi niemal zbiegły mu się na środku czoła, łącząc
w jedną, solidną gąsienicę.
– Co mają? – jęknął po
dłuższej chwili. Tak, dobrze zrozumieliście – tym razem to on
się zdenerwował, że nie raczyłam rozwinąć tematu. Ach, jakież
to satysfakcjonujące, tak się paskudnie zemścić...
Szkoda tylko, że ja faktycznie nie
miałam bladego pojęcia, co więcej mogłabym dodać.
– No... mają jaźń –
powtórzyłam, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Przesunęłam
palcem po metalowej balustradzie schodów, udając, że właśnie to
był mój zamiar i wcale nie robię tak, bo nie wiem, jak
zareagowałabym, gdybym nawiązała z wściekłym wyvernem kontakt
wzrokowy. – Wyczułam to już jakiś czas temu, ale nie wiem, jak
dokładniej to wytłumaczyć. One w jakiś sposób... są żywe.
Oczywiście nie tak, jak ja czy ty, ale... powiedzmy, że jak
rośliny. Czy może raczej jak coś pomiędzy roślinami a
zwierzętami.
– Tak... w pewien sposób –
potwierdził ostrożnie i wolno skinął głową. – Tylko że jakim
cudem akurat ty to wyczuwasz? – dodał znacznie ciszej i takim
tonem, jakby wcale nie było skierowane do mnie.
– A bo ja wiem? – Bezradnie
rozłożyłam ręce.
– A wyczuwasz, co jest tam, na
dole?
Tan nagła zmiana tematu wprawiła
mnie w chwilową dekoncentrację, ale pozbierałam się zaskakująco
szybko jak na sytuację.
– Nie – przyznałam z lekkim
wstydem. – Ale i tak tam idziemy, prawda?
Nie odpowiedział, po prostu
eleganckim gestem wskazał mi schody.
Chyba naprawdę chciał, żeby
ewentualny problem pożywił się najpierw mną. Ale nie miałam mu
tego za złe, bo jeszcze niedawno sama miałam ochotę zaczekać, aż
ten hipotetyczny głodny delikwent najpierw zaspokoi pierwszy głód
niemieckim mięskiem... Po mnie mógłby być tylko jeszcze bardziej
wkurzony zakłócaniem wiekuistego spokoju, skoro byłam tak żylasta
i koścista, że niechybnie bym mu w gardle stanęła.
Dałam jeszcze chwilę oczom, by
przywykły do mocniejszego światła i znowu zaczęły dostrzegać
szczegóły, i faktycznie poszłam naprzód. Zdołałam zepchnąć
strach na dalszy plan, gdy coś mnie tak silnie przywoływało...
Musiałam to coś zobaczyć. Po
prostu musiałam.
Najchętniej przemieniłabym się w
wilka, lecz stopnie były stosunkowo niewielkie i na tyle krótkie,
że zajęłabym ciałem prawie całą długość jednego ich ciągu.
I pewnie miałabym problemy z zawracaniem na półpiętrze, wygrał
więc zdrowy rozsądek. Marzyłam, by doświadczyć tego mocniejszymi
zmysłami, ale musiałam na to poczekać...
Podobno wyczekany prezent cieszy
bardziej, prawda?
Mark poszedł za mną, nie chowając
miecza. Czułam od niego specyficzne zdenerwowanie, ale tym razem
odbierałam wokół zbyt wiele intrygujących rzeczy, żeby skupiać
się na jego emocjach. Wystarczyło mi tyle, że nie zamierzał robić
ze mnie szaszłyka, bo to nie ja byłam tym, co wprawiało go w
podobny nastrój. W pewnym momencie nawet zaczęłam ignorować to,
że z czasem zaczął zostawać lekko w tyle, i przestałam się za
nim rozglądać. Coś gnało mnie naprzód, budziło we mnie
niemożliwą do zignorowania, przypominającą wewnętrzne swędzenie
niecierpliwość. Trochę jak chęć przemiany w dniu przed pełnią,
tylko że kilkukrotnie mocniej...
Sceneria się stopniowo zmieniała...
czy może zmianie ulegały jej warianty kolorystyczne. Klatka
schodowa ciągnęła się głęboko, lecz po każdych dwóch obrotach
– trochę jak pokonaniu całego piętra w bloku – zmieniał się
kolor na ścianach. Żółć ustąpiła gwałtownie miejsca
paskudnemu, mięsistemu różowi, potem jaskrawemu niebieskiemu i
wpadającemu w miętę zielonemu. I gdy już nabrałam pewności, że
zaraz pojawi się reszta tej rozkosznej tęczy, schody ucięły się
gwałtownie, a mnie zatrzymało obszerne przejście do ogromnej
podziemnej groty.
Okej, znajdujemy się w pasie nizin.
Tutaj nie ma takich rzeczy tak płytko pod ziemią! A jednak...
Obejrzałam się na Marka. I
doznałam szoku, bo wyvern wyglądał jak chory... albo przynajmniej
jakby stoczył jakąś poważną bitwę. Zatrzymał się u mojego
boku, widziałam więc dobrze, że jego twarz rosiły krople potu.
Jedno oko płonęło mu krwistą czerwienią, drugie pozostawało
niemal białe i poważne, prawą ręką trzymał się wpół, jakby
coś go bolało, a w lewej wciąż kurczowo zaciskał rękojeść
miecza.
– Co jest? – spytałam powoli.
Jaka ładna zamiana ról!
– Nic – wycedził. W jego oczach
pojawiło się coś dzikiego, wargi drgnęły. Pokazał mi ostre kły
i znowu spojrzał na przejście, sycząc pod nosem kilka przekleństw
w języku, którego nie rozpoznałam. Na pewno nie był to niemiecki,
brzmiał raczej jak jego połączenie z kilkoma innymi językami,
między innymi norweskim.
– Przecież widzę, że... –
spróbowałam, ale znowu oberwało mi się nieludzkim warknięciem.
Na skórze mężczyzny zapełgały różnobarwne płomienie, znak, że
z trudem już panuje nad sobą. Wolałam się odsunąć...
Ale to mnie martwiło. No bo jeśli
on straci panowanie nad sobą, jeśli w ogóle jemu coś się stanie,
to jak ja chociażby trafię do wyjścia? Już nie wspominając o
tym, że na samą myśl, iż miałoby mu się coś stać, poczułam
podejrzany ucisk w piersi...
Nie zrozumcie mnie źle, ja mam
naprawdę miękkie serduszko, ale z reguły nie przywiązuję się do
zupełnie obcych facetów, zwłaszcza jeśli przez cały czas
skrupulatnie pracują na to, by wyprowadzić mnie z równowagi. A
jednak poczułam się tak, jakbym właśnie stawała w obliczu
ciężkiej choroby kogoś naprawdę mi bliskiego. Może nie członka
wilczej watahy, ale rodziny już jak najbardziej...
Co za absurd! Nie odezwałam się
słowem, gdy analizowałam te uczucia, mogłam więc tylko
obserwować, jak facet mnie wymija i wychodzi z klatki schodowej do
tej cholernie wielkiej groty.
No właśnie. Ta grota była
kolejnym, czego w zasadzie nie umiałam sobie przyswoić.
Potrząsnęłam głową, zaczerpnęłam głęboko tchu i poszłam za
Markiem, mając nadzieję, że zaraz nie odwali mi do reszty, bo to,
co tam na mnie czekało, jak najbardziej temu sprzyjało. Jeśli ja
od razu po powrocie z tej wyprawy nie zgłoszę się do mamy po
jakieś magiczne tabletki, to znaczy, że wróciłam martwa.
Ledwie weszłam do środka (czy może
wyszłam na zewnątrz? Ciężko to było stwierdzić), utraciłam
wszelkie siły do trzymania ust zamkniętych. Bo wystarczyło kilka
kroków, bym z dziwnej klatki schodowej znalazła się w... magicznym
lesie? Chyba mogę tak to określić, nawet jeśli to słowo nie
pasuje w zupełności, skoro zamiast drzew widziałam wielkie,
świecące grzyby.
Było ich mnóstwo i przybierały
wszelkie możliwe kształty i rozmiary, jakie tylko byłabym w stanie
sobie wyobrazić. Ogromne i przysadziste, jak dumne, szlachetne
borowiki, lecz o idealnie białych nóżkach i niebieskich, różowo
nakrapianych kapeluszach. Wysmukłe i obleczone w białą koronkę, o
spiczastych czubkach ostro celujących w sklepienie groty. Chyboczące
się na cienkich witkach, idealnie kuliste, wydzielające opalizujący
na niebiesko i zielono śluz, pylące na złoto... Było tam
dosłownie wszystko. I były tego miliony. I tak prześlicznie
świeciły...
To była najpiękniejsza rzecz, jaką
kiedykolwiek widziałam, i wszystko było tak przesiąknięte vurdem,
że aż zakręciło mi się w głowie. Nie poczułam słabości –
ja aż zatoczyłam się od nagłego przypływu siły i musiałam
wesprzeć się na futrynie przejścia, by w ogóle ustać na nogach,
zamiast zwalić się bezładnie na ziemię i zacząć tarzać się w
fosforyzującym mchu, nie mogąc wytrzymać rozpierającej mnie
euforii! Chciałam biegać, chciałam skakać, chciałam tańczyć,
chciałam krzyczeć ze szczęścia i płakać jednocześnie. Chciałam
wbiec w największą gęstwinę, przybierając wilczą skórę, i
zagubić się w niej na długo, być może na zawsze. Dać się jej
zagarnąć, opanować całkowicie i bezdyskusyjnie, pozwolić, by ta
moc wniknęła w moje ciało i umysł...
Ja byłam tą mocą, a ona była
mną.
– Idziesz? – warknął na mnie
Mark, oglądając się przez ramię, ale nie zareagowałam.
Rozszerzonymi oczami obserwowałam drogę unoszących się w
powietrzu drobinek, a następnie aż podskoczyłam, gdy tuż obok
nosa przeleciał mi największy i najdziwniejszy motyl, jakiego
kiedykolwiek widziałam. Miał podłużny kształt, trochę jak
ważka, i lśniące, fioletowo-różowe skrzydła, wyglądające jak
wykonane z cieniuteńkich plasterków kryształu. Lśniły w tym
cudownym blasku i dzwoniły cichutko, jakby akompaniowały cudownej,
niedosłyszalnej muzyce...
Ja poniekąd tą muzykę słyszałam,
bo składało się na nią całe niesamowite życie, jakie się
przede mną otwierało. Każda z tych drobinek była na swój
oszałamiający sposób żywa i świadoma. Powietrze dosłownie
iskrzyło od przepajającej je mocy...
To była najczystsza energia
wszelkiego stworzenia. To było dokładnie to, z czego brało się
wszelkie życie. Mark nie kłamał, gdy mówił, że to z vurda
utkano świat. Nie wierzyłam mu, lecz teraz, gdy na to wszystko
patrzyłam... Jak mogłam zarzucać mu kłamstwo lub przesadę, skoro
zastałam coś takiego?
Warknęłam i zaklęłam, gdy wyvern
złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą. Nogi miałam jak z
waty i najchętniej opadłabym na cztery łapy, ale nie zamierzałam
dłużej narzekać, gdy pociągnął mnie głębiej ledwie widoczną
ścieżką pomiędzy grzybami. Ogromne kapelusze, przywodzące mi na
myśl kanie, rozkładały się nad nami szeroko, skupiając całą
masę połyskujących światełek, może jakichś owadów? Mech pod
naszymi nogami pod wpływem nacisku zaczynał lśnić i upuszczać
więcej złotego pyłku. Podobne to było do lasu w Zimnej Wodzie...
Wręcz bardzo podobne, a jednak inne. Mocniejsze. Bardziej... żywe,
choć wtedy za nic nie uwierzyłabym, że kiedyś coś takiego
powiem.
A ja... jakoś do tego świata
przynależałam. Czułam się tutaj wielka, niezwyciężona,
wszechpotężna. Doskonała. Jakby należał do mnie cały czas
przeklętego świata i tylko ode mnie zależało, co zrobię...
Właśnie szliśmy to wszystko
zabić. Czy tak? A w takim razie...
Czy ja mogłam na to pozwolić? Czy
mogłam...
Niczego już nie wiedziałam.
Nie wiem, ile tak szliśmy.
Minęliśmy kępkę maleńkich, podrygujących szaleńczo fioletowych
grzybków, które wysunęły ostre jak szpile kolce, gdy podeszłam
do nich bliżej. Potem były niesamowite krzewy, wyglądające jak
ciasne sploty koronkowej grzybni. I przypominające kominki grzybki,
które nadymały się mocno i co jakiś czas pękały, wypuszczając
w powietrze świetlisty, lekko owocowy w zapachu pyłek. Potem były
też niesamowitej wielkości, lekko fioletowawe muchomory o
doskonałych kropeczkach na kapeluszach. I chmary kryształowych
motyli, i opalizujące tęczowo ważki wielkości mojego
przedramienia, i cała masa innych zapierających dech w piersi
cudów...
Czy vurd mógł być zły?
Albo niewłaściwy? Czy my aby na pewno robiliśmy dobrze, że
szliśmy, by go... zlikwidować? Zamknięcie dziury, z której się
wydostawał, przecież zabije to wszystko wokół co do drobinki, nie
miałam najmniejszych wątpliwości. Czy tak właśnie trzeba? Czym
są życia tej garstki ludzi na powierzchni wobec tego ogromu dobra?
Ludzie są źli, a ich świat jest
cholernie martwy. Pierwszy Świat zdycha, przesiąknięty
nienawiścią, okrucieństwem, zanieczyszczeniami, bezmyślnością i
ślepotą. Gdy zestawić go z takim ogromem piękna i żywej radości,
łatwo można zwątpić, że jest dla niego jakiś ratunek...
Spuszczenie tej energii ze smyczy,
pozwolenie, by szalała wedle własnego uznania, to jedynie skrócenie
bolesnej śmierci. Tak właśnie. Przecież ja od zawsze tak
uważałam, racja? Przecież już się zastanawiałam, jak poradzę
sobie bez tej dziwnej aury, przesycającej nocne powietrze i
zalegającą nisko mgłę. Dumałam, co zrobię, gdy braknie mi...
czegoś w rodzaju życiowego celu. Tego czegoś, dzięki czemu,
spoglądając na świat, widziałam znacznie więcej, doświadczałam
mocniej i bardziej. Tego, co czyniło moje ponure miasto
niezwykłym...
Bez tego będzie tylko kolejnym
zabiedzonym skupiskiem bezmyślnych, okrutnych ludzi, tak
nieszczęśliwych, że muszą krzywdzić innych, by przynieść
chwilową ulgę sobie samym. Warto coś takiego ratować? Warto
ratować brudną, cuchnącą spalinami, betonową rzeczywistość, w
której liczą się jedynie pieniądze, obserwujący na portalach
społecznościowych i wegetacja pomiędzy pracą a upragnionym
pójściem spać? Warto ratować takie głośne, chaotyczne życie
bez perspektyw, skoro zastąpić miałoby je coś tak radosnego, tak
nieskończenie idealnego?
Mniejsze zło... Która to z
dostępnych opcji?
Nie wiem dlaczego, ale te rozważania
przywiodły mnie nagle do jednej, krótkiej myśli: Antykreator. A to
było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Jak olśnienie, rozwiązanie,
na które czekałam od zawsze... choć w zasadzie nie rozwiązywało
niczego. Bo wiedziałam, że według podań Drugiego Świata ktoś
taki istnieje. Wiedziałam, że Vuko jakoś mnie z nim łączył, a
także ostrzegał przed Markiem. Kazał wystrzegać mi się wyverna z
pradawnym mieczem... tylko dlaczego? Nie rozumiałam jego zagadek,
ale czułam, że łączyła je osoba Antykreatora... a także
Proroka, którym nazywał mnie. Ale czy...
Niemożliwe. Przez krótką chwilę
zaświtało mi, że Mark może być Antykreatorem. Może być tym
całym Ylnetherem Rheyinem i Antykreatorem jednocześnie... Już
wcześniej coś mi dzwoniło z tyłu głowy, ale...
Nie, to jakiś absurd. Może i
wcześniej nazwałam go tak parę razy w myślach, choć nawet nie
jestem tego teraz pewna. Może i kojarzyło mi się w nim tak parę
cech. Może i był drugim wyvernem, jakiego w życiu spotkałam, i
przy okazji najpotężniejszym i najbardziej przerażającym
kolesiem, jakiego spotkam kiedykolwiek, ale takie wspominki i
porównania to jedno, a uwierzenie w to tak naprawdę... to zupełnie
co innego. Coś...
Coś, co może mieć przerażające
konsekwencje. Ale skąd ja to wiem? Dlaczego muszę nad tym...
Nie wiedziałam już niczego. Z
przerażeniem zdałam sobie sprawę z tego, że nie miałam już
pojęcia, co wymyśliłam wcześniej, choćby i żartem, a co
zaświtało mi w głowie dopiero teraz. Czas stał się płaski, bez
wymiaru... Liczyło się jedynie to, że wiem, a nie kiedy pierwszy
raz mi się objawiło. Było tu i teraz.
Było niewielkie wzniesienie, na
które się wspinaliśmy, i unoszące się w powietrzu świetliste
coś, co wyglądało jak szczelina w strukturze rzeczywistości.
Przywoływało mnie to i przerażało jednocześnie. Przerażało
swoją mocą, niezmierzonością, niemożliwością...
Tam się kryła potęga. To było
źródło wszystkiego. Najczystsze, najpierwotniejsze,
najpiękniejsze...
Mark złapał mnie za ramię i siłą
pchnął na ziemię. Myślałam, że chce mnie przewrócić, więc
spróbowałam stawić mu opór, ale okazało się, że na chwilę
opuściły mnie siły. Na szczęście tuż za mną znajdował się
średniej wielkości grzybek, którego wcześniej nie zauważyłam –
opadłam na niego jak na wygodne krzesło i zawarczałam na wyverna z
opóźnieniem. Rzucił mi ciężkie spojrzenie i podszedł bliżej do
światła, wyciągając miecz. Pradawna stal wyglądała jak czysta
ciemność, jak coś zupełnie przeciwstawnego otaczającej mnie
energii...
On się bał. Potężny wyvern z
wielkim mieczem był cały spięty ze strachu. Zatrzymał się
naprzeciw energii, nachylił lekko w jej stronę. Miecz przekładał
w zdrętwiałych ze strachu palcach, mięśnie wyraźnie rysowały mu
się na przedramionach, napięte chyba aż do bólu. W zupełnie
teraz czerwonych oczach lśnił lęk silny, obezwładniający wręcz
i niszczycielski.
– Ja to uczyniłem –
wypowiedział samymi ustami.
Powiedział to po niemiecku,
wiedziałam o tym, ale z jakiegoś powodu rozumiałam go tak, jakby
zwracał się do mnie po polsku, bez chwili zastanowienia. Być może
w tym stanie rozumiałabym każdy język? Nie wiem.
Strach. On się bał! On! Ktoś, kto
wywróciłby ten świat na nice jednym pstryknięciem palcami!
– Nie bój się świata,
Antykreatorze – syknęłam. – To świat powinien lękać się
ciebie!
Nie wiem, skąd te słowa się we
mnie pojawiły. Ale to, że powinny wybrzmieć, czułam akurat z całą
pewnością.
Mark zesztywniał. Wydawało mi się,
że przeszył go prąd, tak nagle się wyprostował i tak mocno
zacisnął dłoń na obłożonej zniszczoną skórą rękojeści
miecza. Na jego ciele zapełgały płomienie, odwrócił się do mnie
gwałtownie...
Jedno oko miał czerwone, drugie
niemal białe. I nigdy jeszcze nie wyglądał tak przerażająco.
– Coś ty powiedziała? –
wycedził niebezpiecznie niskim głosem. Zaiskrzyła formująca się
w jego wolnej prawej ręce kula ognia...
A ja po prostu rzuciłam mu się do
gardła, w locie przemieniając się w wilka.
Tyś jest przebudzeniem, Proroku!
Mężczyzna jęknął, gdy wpadłam
w niego z impetem całych stu pięćdziesięciu kilogramów, i runął
na plecy. Potoczyliśmy się w dół wzniesienia, a miecz chwilowo
zniknął mi z oczu. Coś we mnie wstąpiło – kłapałam
szczękami, próbując złapać go za jakąkolwiek część ciała i
rozedrzeć ją na strzępy, drapałam pazurami, szarpałam się
wściekle w jego żelaznym chwycie. Jedynym, czego byłam pewna, było
to, że był zdolny do zamknięcia tej cholernej szczeliny... a ja
nie mogłam mu na to pozwolić.
– Ten świat już i tak jest
martwy! – krzyknęłam w myślach, mając nadzieję, że mnie
usłyszy.
Uderzył mnie pięścią w pysk, aż
zobaczyłam wszystkie gwiazdy. W nosie i na języku zebrało mi się
sporo krwi, ale nie przestawałam, więc wepchnął mi przedramię
między szczęki, jakby miał do czynienia z rzucającym się do
niego agresywnym psem. Kłapnęłam, mając nadzieję, że po prostu
mu tę rękę odgryzę, skoro była wielkości mojej głowy, ale
wtedy pięść dosięgnęła mnie kolejny raz. I tym razem płonęła.
Zaskowyczałam z bólu, targnęło mną na bok, ale zdołałam
jeszcze złapać go za bark. Ugryzłam cholernie mocno, szarpnęłam
i znowu zostałam uderzona – tuż po tym, jak usłyszałam okrzyk
bólu i chrzęst pękającej pod naporem kości. Odleciałam na kilka
metrów w bok i uderzyłam w nóżkę ogromnego grzyba z taką siłą,
że aż mnie zamroczyło.
– Nie możesz! –
krzyknęłam jeszcze, gdy kątem nieposłusznego oka dostrzegłam, że
mężczyzna zerwał się z ziemi z odnalezionym nie wiadomo kiedy
mieczem i znowu rzucił do szczeliny. – Nie możesz tego tak po
prostu...!
Mógł. Ale nie widziałam już
tego, bo ostatecznie straciłam przytomność.
Ocknęłam się kilka chwil lub
godzin później – nie umiałam tego określić. Do żywych
przywołał mnie moment, gdy Mark zrzucił mnie z ramienia jak
bezwładny worek kartofli i ciepnął na leśną ściółkę, niezbyt
przejmując się tym, czy nie zrobi mi jeszcze większej krzywdy.
A jakąś już zrobił. Wciąż
byłam w wilczym ciele, czułam więc każdy obluzowany kieł, a
wokół mojego grzbietu unosił się wyraźny smród spalonej
sierści. Nie widziałam na jedno oko, w głowie mi wirowało,
zbierało mi się na mdłości. Spróbowałam wstać, ale słuchała
mnie tylko lewa połowa ciała – prawą miałam jak sparaliżowaną.
A las był zwyczajny. Zupełnie
zwyczajny. Obok widziałam niewyraźny przez zasnuwające mi obraz
łzy zarys budynku, w którym znajdowało się przejście do sztolni.
Znowu byliśmy na terenie opuszczonej bazy wojskowej, a słońce
przeświecało między gałęziami wysokich sosen, rysując gorące
refleksy na moim futrze.
Mark też nie wyglądał dobrze –
skórzaną kurtkę miał podartą i poznaczoną śladami krwi.
Skrzywił się, gdy poruszył lewym ramieniem, zrzucając na ziemię
obok mnie plecak. Wyglądało na to, że obojętnie, ile czasu
minęło, było go wystarczająco, by jakoś zaleczył najgorsze
obrażenia, lecz nadal sprawiały mu ból.
Co się...?
Myśli mi się rozbiegały. A ten
przeklęty facet wyglądał na szalonego jeszcze bardziej niż
kiedykolwiek... i tak przerażonego, że niemal się cały trząsł.
Ja to uczyniłem... Tak
powiedział.
Więc dlaczego nie byłeś
konsekwentny i nie pozwoliłeś, by dobiegło końca?
– Nie miną millenia, a
historia i tak zniknie – warknęłam w myślach.
– A morza i wiatr ostatecznie
zostaną zdławione – dodał przez zaciśnięte zęby. –
Oślepniesz, sięgając czerwonych niebios. To z Wielkiej
Przepowiedni, wiesz? – Roześmiał się sucho i głośno. –
Oślepniesz, wilczyco, sięgając tam, gdzie nie powinnaś.
Słowa wirowały mi w głowie. Było
ich znacznie więcej, lecz nie łączyły się już w całość...
Czas jest jego, a wy ignorujcie
ślepotę... Rozczarowany bóg w koronie z rogów i ognistych
kolców... Płonące słońce, jasne póki umrze ostatnia gwiazda...
Jedyny tak żywy... Ciężar na złamanym życiu...
Prorok martwych światów.
Prorok martwych światów!
– Nie waham się sięgać tam,
gdzie powinnam, dla rozłamanego świata – wycedziłam,
szczerząc zakrwawione kły w szerokim uśmiechu.
Spojrzał na mnie powoli, z
namysłem. Sięgnął do plecaka, wygrzebał z niego kilka
przedmiotów i rzucił je na ziemię. To były moje rzeczy. Podniósł
się, przeciągnął, z grymasem bólu poruszył lewym ramieniem.
– Paraliż powinien przejść ci
za pół godziny – rzucił obojętnie. – Trafisz do domu, mam
rację? Jesteś cholernym wilkiem. W lesie się nie zgubisz.
Chciałam się roześmiać. Tak po
prostu – sucho, paskudnie, złośliwie... ale w tym ciele nie
potrafiłam. Po prostu patrzyłam, jak odchodzi, zabierając ze sobą
coś...
Coś. Jakiś fragment mojej duszy,
mojego jestestwa. Zabolało. Chciałam zawyć, zaskowyczeć, zacząć
się wić, zerwać się na równe łapy i pobiec za nim...
Chciałam krzyczeć, żeby mnie nie
zostawiał, żeby był ze mną, żeby został przy mnie... ale nie
mogłam się ruszyć. Mogłam tylko skamleć, w myślach błagając
go, by się odwrócił.
Nie zrobił tego.
A aura...
Dziwaczna, niewyjaśniona aura
anomalii w środku lasu pozostała.
Nietknięta.