piątek, 26 października 2018

Rozdział 20


Byłam tak wściekła, że aż myślałam, że mnie rozsadzi.
Do wieczora snułam się po mieszkaniu, jak zwykle w chwilach zdenerwowania nie mogąc się na niczym skupić. Wpadłam nawet w pułapkę czegoś, co spokojnie można było określić zajadaniem stresu – wpychałam wszystko na potęgę, aż tata zaczął się niepokoić. Niecierpliwie wyczekiwałam zapadnięcia zmroku i tej cholernej dwudziestej – godziny tak beznadziejnie głupiej na zebranie, że aż mi się wierzyć nie chciało. No bo jak ja wyjdę z domu o dwudziestej, skoro rodzice wtedy jeszcze nie śpią?
Po prostu nie mogłam wyjść z podziwu nad całą tą sytuacją. Popatrzeć tylko, że był nawet moment, gdy uważałam moich wilczych kolegów za dojrzalszych od innych osób w tym wieku i przynajmniej znośnie ogarniętych, wystarczająco, by poradzić sobie z czymś takim, jak pilnowanie, by zakładnik nie wyszedł z budynku cholernym jedynym możliwym wyjściem! I jeszcze to uparte obstawanie przy pozostawieniu na warcie Setha ze strony Quillsa, i to już po tym, jak większość stada zgłosiła co do tego obiekcje... No nie wierzyłam, że mogło wyjść aż tak źle. Jak można spartaczyć coś tak łatwego?! To już chyba ja bym sobie poradziła, i to nawet gdybym zasnęła w połowie!
Ciekawa jestem, jak my to powiemy mojemu dziadkowi. Staruszek przecież pierdolca z prawdziwego zdarzenia dostanie...
Aby wyjść z domu i mieć gwarancję, że nikt nie zainteresuje się moją nieobecnością przyjęłam taktykę znaną każdemu dzieciakowi, któremu nie chciało wstawać się do szkoły: magicznie jakimś tajemniczym zrządzeniem losu dostałam migreny stulecia i położyłam się do łóżka o dziewiętnastej. Rodzice zamknęli się w dużym pokoju, żeby mi zbytnio nie hałasować, więc spokojnie mogłam przejść do kuchni i wyleźć na rusztowanie. Sama nie wiedziałam, dlaczego spisałam standardową klatkę schodową na straty, ale zawsze miałam wrażenie, że przekręcaniem zasuwki w starych drzwiach zwrócę na siebie uwagę połowy bloku. Rusztowania się bałam i czułam się na nim po prostu głupio, ale co poradzić? Paradoksalnie było o wiele dyskretniejsze.
Jak zwykle wylazłam przez okno, domknęłam je, korzystając z tego, że blokowało się o ramę, i zlazłam na sam dół, usiłując nie rozglądać się nadmiernie dookoła. I nie hałasować, choć metalowe drabinki nie zawsze mi to ułatwiały, trzeszcząc przy każdym nieostrożnym ruchu. Gdy tylko przemieniłam się w wilka na dole, przekonałam się, że tym dyskretnym zejściem i niepostrzeżonym wyjściem z domu chyba kompletnie wyczerpałam swój dzisiejszy limit szczęścia. O ile w ogóle jakikolwiek wcześniej istniał.
Było bodajże pięć minut po czasie, a w eterze zastałam tylko Quillsa i Embry'ego. W dodatku powiedzieć, że ten pierwszy był wściekły, to jak nic nie powiedzieć. Aż miałam wrażenie, że jego myśli wyświetlają mi się przed oczami na czerwono, dziwnie kanciaste i tak chaotyczne, że nawet jakby się bardzo chciało, nijak nie dałoby się z nich nic wyczytać. Niby wiedziałam, o co w sytuacji chodzi, ale za cholerę nie potrafiłam przekopać się przez górkę wnerwienia, jakie niemal zwaliło mnie z nóg już na wstępie.
O, Leah! – Embry natychmiast zwrócił na mnie uwagę. – W sumie dobrze, że jesteś. Mogłabyś mi przetłumaczyć, o co temu oszołomowi idzie? Zerwał mnie z łóżka o dwunastej, zapowiedział, że mam się pojawić na zebraniu i nie raczył powiedzieć nic więcej. Rozłączył się, buc jeden biały... – Zignorował Alfę, który kłapnął mu zębami tuż przed nosem. – Teraz też ni cholery nie chce nic powiedzieć. Wiesz może, o co mu chodzi?
Już ci tłumaczyłem, do jasnej cholery, że powiem, jak będą wszyscy! A że oprócz waszej dwójki nikt się jeszcze nie pofatygował... – Zgrzytnął zębami. – A Jacob, Sam i Brady gdzie niby są? Nie mieli teraz na warcie siedzieć?!
Ech, Alfo kochany, a powiedz mi, na co im ta warta? Po co się teraz czepiać? – westchnęłam z politowaniem. – Embry, spokojnie, zaraz wszystkiego się dowiesz. I gwarantuję, że zrozumiesz jego, hm... wzburzenie.
Dobra, to teraz zupełnie nic nie czaję. – Beta potrząsnął bezradnie łbem, jakby miał nadzieję, że w ten sposób uporządkuje myśli.
Co się stało? – W naszych głowach odezwał się Sam. – Po co to zebranie? Dopiero co zmieniliśmy Jareda i resztę, nawet się przespać pewnie nie zdążyli.
Gówno mnie obchodzi, czy zdążyli się przespać, czy nie! – Quills postanowił wyrazić się dość dosadnie. – A wy gdzie niby byliście, skoro ich zmieniliście?!
Siedzieliśmy jako ludzie – wyjaśnił usłużnie Brady. – Tak czasem jest wygodniej. Zwłaszcza gdy sporo ludzi kręci się dookoła i mogłoby ich nadmiernie zainteresować, co w środku miasta robią wilki wielkości koni wyścigowych. Nie uważasz, że to całkiem niezła strategia? I o co ci w ogóle chodzi? Tylko się pojawiamy, a ty już do nas z ryjem...!
W życiu nie słyszałam, żebyś powiedział tyle naraz – mruknęłam z uznaniem. Na szczęście zostałam zignorowana – wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdyby Quills nagle z pragnieniem zeżarcia kogoś przeniósł się na mnie.
Nie zwracajcie na Brady'ego uwagi, właśnie przegrał w karty prawie osiem dych – pospieszył z wyjaśnieniami Jacob. – Jest nieco... rozdrażniony.
To może jeszcze mi powiedzcie, że przez cały ten czas graliście w karty! – Quills chyba się zwyczajnie zapowietrzył.
A co mieliśmy robić? – Sam jak zwykle podszedł do wszystkiego z niezachwianym spokojem, tak kontrastującym ze wściekłością Alfy. – Z gapienia się w okna nic by nam i tak nie przyszło, a tylko jeszcze do tego ludzie by się zainteresowali, co robimy.
Ale przecież...!
Dobra, Quills, zluzuj majty, to i tak nie przez nich, oni tam siedzą od jakichś trzech godzin! – zawołałam, zanim posypała się wiązanka.
Co się miało przez nich stać?
Teraz tragedii już nie powstrzymałam. Collin właściwie wyrósł tuż za Quillsem, podszedłszy jako człowiek i dopiero w ostatniej chwili przemieniwszy się w wilka. Quills, gdy tylko usłyszał jego głos, dostał wręcz czegoś, co z czystym sumieniem można było określić mianem pierdolca. I to nie lekkiego, a takiego z prawdziwego zdarzenia. Okręcił się, warcząc potwornie, i rzucił się mniejszemu wilkowi do gardła, nijak nie zamierzając się przejmować zaskoczonymi okrzykami wokół.
Collin zapiszczał jak zraniony pies i przewrócił się na grzbiet. Impet wielkiego białego wilka sprawił, że nie był w stanie zrobić nic – choć szarpał się na boki, próbował dosięgnąć go zębami lub odepchnąć pazurami, i tak został błyskawicznie przyparty do brudnych płytek chodnikowych peronu i wyszarpany kłami za krtań. Ja naprawdę myślałam, że Alfa w pewnym momencie do tego wszystkiego zacznie go dusić.
Quills! Ej, Quills, zostaw go! – Wreszcie pojawiłam się na miejscu, zgrzana po szybkim biegu i wnerwiona do granic możliwości. I to nie tylko z tego powodu, co Alfa... Wpadłam na niego, wręcz staranowałam, dzięki prędkości zdoławszy zrzucić z szarego wilka. Przesunął się kilka kroków, zachwiał, przewrócił – i dzięki temu ja sama przekoziołkowałam nad nim, ostatecznie wpadając w słupek podtrzymujący daszek nad peronem.
Co wam odjebało?! – Wyśliniony Collin zerwał się z ziemi i odskoczył na bezpieczną odległość; uszy praktycznie przykleił do czaszki, a ogon stulił do brzucha. – Co tu się dzieje?!
Właśnie, dlaczego się na niego rzuciłeś?! – Jared, który również pojawił się wreszcie na horyzoncie, nie mógł wyjść ze zdziwienia. Chyba jeszcze nigdy do tej pory nie zdarzyło się, by Alfa tak reagował. Zwykle to on rozstrzygał podobne spory, a tu proszę...
Albinos już nabierał mentalnego powietrza, by odpowiedzieć, więc czym prędzej weszłam mu w słowo:
Poczekaj! Może by tak najpierw wytłumaczyć słowami, co?! Co ci po tym, że od razu ich zamordujesz?! Niech wiedzą, za co giną – dodałam po chwili, nie mogąc się powstrzymać.
Że co? – Seth nie dość, że brzmiał, to jeszcze wyglądał jak naelektryzowana tchórzofretka.
Dobra... – Alfa posłał mi zniecierpliwione spojrzenie, warknął jeszcze cicho, ale wreszcie wstał powoli, zapanowawszy nad sobą na tyle, by nie było nadmiernie widać, że trzęsą mu się łapy. Warg jednak nie opuszczał, co w połączeniu ze spojrzeniem czerwonych oczu i zjeżonym futrem na karku wyglądało mało przyjaźnie. – Są już wszyscy? – Przesunął spojrzeniem po otaczających nas wilkach, doszukując się całej dziewiątki. – To może Leah zacznie?
Ja? Ty masz lepiej gadane – obruszyłam się.
Ale mnie zaraz szlag trafi! – Otrzepał się, chcąc tym chyba wyrazić całe swoje obrzydzenie do niewydarzonych czujek. – Lepiej ty zacznij, bo jeśli ja się za to wezmę, to przysięgam, że...
Szefie, spokojnie i po kolei, okej? – Sam spojrzał na niego dziwnie. – Co takiego się stało, że jesteś aż tak wściekły? I to ewidentnie na nas?
To się stało, że podczas gdy my odpoczywaliśmy w domach i czekaliśmy na swoją kolej w objęciu wart, naszym ukochanym pierwszym czujkom zwiał problem – wycedziłam.
Na chwilę zapadła kompletna cisza.
Co? – Jacob nie wyglądał, jakby szczególnie wiele mu to powiedziało.
Spotkałam tego półdemona w sklepie. Mało tego, że spotkałam! Ja w niego zwyczajnie wlazłam, i to tak pięknie, że aż powinnam to sobie zapisać! – Kilku zaśmiało się na moje wspomnienia, lecz reszta zachowała spokój. Po tym poznałam, że nie do wszystkich wieść wystarczająco szybko dotarła. Żałosne... – Na warcie byli wtedy akurat Jared, Collin, Seth i Brady, więc to chyba jasne, że wina spada na nich? Mówiłam, żeby nie zostawiać na warcie Setha! I to nie jako jedyna! – zwróciłam się do Quillsa. – Można spokojnie powiedzieć, że sam jesteś sobie winny!
Zaraz, zaraz! – Jared brzmiał stanowczo i spokojnie. – Skąd pomysł, że to jest wina Setha? Wywiązał się ze swojego obowiązku tak samo, jak my.
Chyba „nie wywiązał” chciałeś powiedzieć? – Alfa zbliżył się do niego niebezpiecznie. Moje słowa puścił mimo uszu. W końcu lepiej zwalić wszystko na innych...
Powiedziałem tak, jak chciałem powiedzieć. – Wilk o czekoladowym futrze pokazał mu zęby na znak, że nie powinien podchodzić bliżej, choć jak zwykle zrobił to na tyle stanowczo i łagodnie, że nie można było powiedzieć, że przekroczył granicę w relacjach z przywódcą. – Seth i Collin czekali od strony balkonów, żeby zaobserwować, czy coś dzieje się w mieszkaniu. A nie działo się zupełnie nic. Ja i Brady koczowaliśmy przy klatce schodowej, która – przypominam! – jest jedynym możliwym wyjściem. Dokładnie obserwowaliśmy każdego, kto się tamtędy przewinął. I nic. Żadnego ruchu w oknie, żadnych podejrzanych ludzi na zewnątrz. Tak czuliśmy, że to podejrzane, ale w razie czego się stamtąd nie ruszaliśmy. Półdemon nie mógł nam uciec, bo my nie mogliśmy tego nie zauważyć.
To w takim razie kogo waszym zdaniem staranowałam sklepowym wózkiem, co? Jego tajemniczego brata bliźniaka? – sarknęłam mało przyjaźnie. Jeszcze zaraz okaże się, że to ja wywołałam burzę o nic, spotkawszy po prostu kogoś łudząco do półdemona podobnego...
Jak na moje – odezwał się Collin – to jego w tym mieszkaniu nawet przez moment nie było. Nie wiem, czy tam mieszkał, ale obstawiliśmy okolicę gdy go nie było, czy może to jakaś kolejna iluzja... Grunt, że od początku było tam pusto, a my daliśmy się podejść jak idioci.
Czy ja wiem? Myślisz, że zrobił to specjalnie? Jeśli to faktycznie jego mieszkanie, a akurat go w środku nie było, to chyba jednak nasza wina. Wcisnęliśmy mu się centralnie pod nos. Nie wróciłby tam, skoro czekaliśmy na niego przed wejściem. Może się bał?
On się nas nie boi – syknął Embry. – Prędzej uwierzę, że z czystego lenistwa wolał konfrontacji uniknąć. Przecież nie starał się maskować przed Leą, nie? A pewnie doskonale wiedział, że to ona.
Ta. Tylko skąd? – Wywróciłam oczami.
On od początku chciał czegoś właśnie od ciebie, nie pamiętasz?
Wzdrygnęłam się. Pamiętałam. I to lepiej, niż bym sobie życzyła.
A jak to właściwie możliwe, że na obu wartach był Brady, co? – zmieniłam szybko temat. – Na początku siedział z Jaredem pod klatką schodową, a potem nagle przegrał kasę z Jacobem w karty. Ty przylazłeś na dwie warty?
Nudziło mi się. – Umięśniony wilk poruszył barkami, co było odpowiednikiem ludzkiego wzruszenia ramionami.
To nie jest teraz ważne! – zganił nas Quills. – Wy mi lepiej powiedzcie, co teraz zrobimy? Znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Nie mamy tropu, nie mamy planu, nie mamy zupełnie nic. Jeszcze chwila, a stara sfora nas zwyczajnie wydziedziczy. Podejrzewam, że w swoich najgorszych koszmarach nie brali pod uwagę tak beznadziejnych następców...
Daj spokój, nie jest aż tak źle. – Embry nie brzmiał szczególnie pocieszająco. – Przecież to widać gołym okiem, że oni sami nie mają żadnego planu. Chyba by się nim z nami podzielili, gdyby cokolwiek im przyszło, nie?
Nie byłabym tego taka pewna – mruknęłam. Wszystkie spojrzenia naraz skierowały się w moją stronę, czekając na coś więcej, lecz zupełnie nie byłam w nastroju, by o tym rozmawiać. Wbiłam wzrok we własne łapy na znak, że nie powiem teraz nic więcej.
Czyli co? Szukamy go jeszcze dzisiaj? – Sam rozejrzał się niepewnie. – Wydaje mi się, że jesteśmy zbyt zmęczeni na coś tak konkretnego. Część z nas jest na nogach drugą dobę.
Tak. A reszta zbyt zdenerwowana, by się nad czymkolwiek zastanowić... – Quills potarł przednią łapą pysk. Ciekawa byłam, czy coś faktycznie go zaswędziało, czy może była to jakaś uproszczona wersja wilczego facepalmu. – Spotykamy się jutro o dwudziestej drugiej. Musimy dokładnie sprawdzić to mieszkanie – może faktycznie w nim przebywał? Warto się tego dowiedzieć. Potem spróbujemy rozejrzeć się za jakimś tropem. Również w okolicy tego sklepu, w którym widziała go Leah.
Nie wywietrzeje do tego czasu? – zaniepokoiłam się. – Chętnie bym to sama dzisiaj sprawdziła, ale sami wiecie, że tropiciel ze mnie żaden...
Nie wywietrzeje. Sam i Jacob nawet po tygodniu by znaleźli, jeśli faktycznie coś tam będzie. – Westchnął jeszcze raz, próbując zapanować nad wciąż czającą się gdzieś tam wściekłością. – Na dzisiaj to wszystko. Za cholerę mi się to nie podoba... – Mruczał coś jeszcze, ale zanikło to zupełnie w natłoku innych myśli.
Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić, nikt nie kwapił się do przypominania o konieczności wybrania patroli na noc, niezbędnych zwłaszcza w sytuacji, w której – jak by nie patrzeć – walczyliśmy z wrogiem, o którym nic nie wiedzieliśmy. Nie mieliśmy pojęcia, po co pojawił się w mieście, czego od nas chciał, o tym, jak z nim walczyć, już nie wspominając. Jedynym faktem i jednocześnie naszą jedyną wskazówką było to, że ewidentnie chciał czegoś ode mnie...
Wciąż miałam przed oczami ostatnie chwile naszej walki w galerii. To, jak półdemon chciał skoczyć w moją stronę, poganiany słowami wampira. To, jak ostatecznie wpakowałam wampirowi bagnet w serce... Gdzieś w środku żałowałam, że załatwiłam go tak szybko, że nie wpadłam wtedy na to, żeby spytać o cokolwiek – choćby dowiedzieć się, dlaczego akurat ode mnie czegoś chcieli – ale... w sumie jakie miałabym z nim potem szanse? Udało się jedynie dzięki temu, że rzuciłam się na niego z zaskoczenia i nie dałam czasu na to, by zauważył, że w ogóle znajduję się w pobliżu.
W czym ja niby byłam taka wyjątkowa? Wszystkie cechy, które jakoś wyróżniały mnie na tle innych wilkołaków spokojnie można podciągnąć raczej pod wady: jestem mała i chuda, do tego słaba i nie zawsze potrafię zapanować nad udostępnianiem myśli wszystkim wokół. Nie walczę jakoś fenomenalnie dobrze – raczej na tyle, by po prostu przeżyć wśród mi podobnych – nie jestem też specjalnie zorganizowana i dominująca. Od zawsze wolę pełnić rolę spokojnej szarej eminencji – choć lubię, gdy wszystko dzieje się po mojej myśli, niechętnie wyrywam się przed szereg, a jeśli już, to szybko ginę w tłumie pewniejszych siebie. Do tego wciąż dręczy mnie wrażenie, że jestem niedoceniona i niezauważalna, choć czasem sama widzę, że to nie do końca tak. Może jedynie niecodzienny kolor futra zwraca uwagę, ale co z tego, skoro nawet jego mogę zwalić na geny – przecież mój dziadek też niegdyś miał sierść idealnie czarną. Zdarzają się takie wilkołaki. I to znacznie częściej niż białe i brązowe, a i takie znam.
Truchtałam spokojnie mniej ruchliwymi ulicami miasta przez jakiś czas. Zanim się spostrzegłam, stało się na tyle późno, że okolica wręcz wyludniała. Do domu zagnała mnie coraz gęstsza mgła, dziwny zapach nienazwanego przesycający powietrze i nieprzyjemna świadomość, że obojętnie, ile paranormalnych rzeczy spotka mnie tej nocy, jutro i tak muszę wstać do obrzydliwie prozaicznej i tak zupełnie nie na miejscu szkoły.