Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom I: LONER. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom I: LONER. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lipca 2019

Epilog


Mimo tego, że Ladon kategorycznie zabronił mi wychodzić z domu, a cała moja sfora dosłownie srała po gaciach przez to, że nie do końca wiedziała, co się stało, a ja średnio miałam ochotę na tłumaczenie im czegokolwiek, wciąż czający się gdzieś w głębi mnie niepokój dawał o sobie znać na tyle mocno, że po prostu musiałam wyjść z domu.
Śmieszne. Bałam się czegoś bliżej nieokreślonego, wyczuwałam w powietrzu szereg nieprawidłowości, na które z pewnością powinnam zwrócić większą uwagę, coś w głębi podpowiadało mi, że to wszystko ma jakiś związek ze ścianą lasu za moim domem, a i tak coś mnie nieprzerwanie w tamtym kierunku ciągnęło.
Dzisiaj była pełnia. Wiedziałam, że to będzie właśnie ta noc, podczas której musiałam wytłumaczyć całej reszcie, że coś jest mocno nie halo. I już mnie trzęsło na samą myśl.
Świeciło jeszcze słońce. Dzień okazał się aż przesadnie pogodny jak na tę porę roku, przez co czułam się raczej jak na początku września, niż w przededniu zimy. Powietrze było jakieś takie delikatne i lekko ciepławe, niosło ze sobą zapach butwiejących liści i rozgrzanej ziemi.
Chyba że zawiało od strony lasu. Bo stamtąd zalatywało już czymś znacznie gorszym, co nieprzyjemnie kojarzyło się z nienaturalną mgłą unoszącą się w okolicy krateru.
Zataczałam wokół domu coraz większe okręgi, stopniowo zbliżając się do ściany drzew.
W tym lesie nie było niczego mrocznego. Mogłam spokojnie powiedzieć, że był wręcz przesadnie jasny i czysty, przypominając miejsce, w pobliżu którego chętnie spędzałoby się wakacje. Wysmukłe sosny nie rosły specjalnie blisko siebie, a między nimi co jakiś czas pojawiały się znacznie niższe świerki i modrzewie, sprawiające głupie wrażenie swoistego istnienia lasu w lesie. Gdzieniegdzie widziałam uschnięte krzewy jagód, wszechobecny mech był wciąż zielony, a piaszczysta ziemia niemalże biała. Strasznie mi się tam podobało.
Tylko że...
No właśnie. Tylko że coś tam było. I ja musiałam po prostu dowiedzieć się, co to takiego.
Truchtałam z nosem nisko przy ziemi. Tropiłam. Szukałam.
A gdy znalazłam, nie miałam już żadnych więcej wątpliwości.
To miejsce nie wyróżniało się jakoś specjalnie. Drzewa wokół niego stały się nieco grubsze i bardziej okazałe, jakby po prostu z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn lepiej im się tam rosło, a mech zieleńszy i lekko wilgotny. Łapy zapadały się w nim głęboko jak w miękkiej pościeli, aż kusiło, żeby się położyć i nie wstawać. Nawet gryzące mrówki mogłabym zaakceptować.
Delikatna mgiełka unosiła się na wysokości wilczych kostek, ledwo widoczna w promieniach przeświecającego przez gałęzie słońca. Dziwaczne grzyby o spiczastych kapeluszach w niemożliwych do nazwania kolorach pulsowały jednostajnym rytmem, sprawiając wrażenie rozleniwionych.
Cały krater wydawał się spać. Czekać...
A ja miałam z domu do niego jakieś cholerne pięć minut spacerowym krokiem.

Rozdział 53


Po jakże obfitującym w wydarzenia, arcyciekawym i z pewnością niezapomnianym na długie lata wyjeździe z Gabrysią miałam coś na kształt zespołu stresu pourazowego. Przez bite cztery noce budziłam się ze strachem, że wciąż znajduję się w nieprzyjemnym internacie, nade mną wiszą jarzeniówki, które w każdej chwili ktoś mógł zapalić, i że otaczają mnie osoby, wśród których czułam się aż do bólu obco i nieprawidłowo. Za nic nie zgodziłabym się, żeby coś takiego powtórzyć.
Właściwie to doskonale widziałam, że jednak ta moja reakcja jest w pewien sposób na wyrost. Nie wiem, dlaczego czułam się z tym wszystkim aż tak źle – no bo to przecież idiotyzm, zrywać się przez kilka nocy z krzykiem przez to, że cztery dni spędziło się w towarzystwie, z którym bardzo nie chciało się zadawać, co nie? Przecież tam nie wydarzyło się nic strasznego, nic, po czym mógłby mi zostać tak wielki uraz, ale... to było. Głupie, bezsensowne i z pewnością bym się do tego nie przyznała głośno, ale wciąż to czułam. Bałam się. W jakiś mocno pokrętny sposób ten wyjazd był spełnieniem serii moich najgorszych, najdziwniejszych koszmarów.
I chyba cały problem leżał w tym, że mój własny mózg w nim właśnie doszukał się czegoś, w co mógł przelać wszystkie swoje dziwactwa. Bo bardziej niż wspomnień wyjazdu, bałam się snów, jakie mnie po nim męczyły. Sama panująca w nich atmosfera była taka, że nawet gdyby działy się w najśliczniejszej okolicy pod słońcem, pewnie i tak wywarłyby na mnie podobne wrażenie.
I tak dziwnie się ostatnio czułam, a te moje urocze senki jedynie utwierdzały mnie w pewności, że coś jest zdrowo nie tak. Tylko co?
To nie tak, że moje sny kiedyś były zwyczajne. Jeszcze nie zdarzyło się, by jakikolwiek z nich mógł zostać uznany za banalny przynajmniej w minimalnym stopniu, jaki gwarantowałby, że zostanę nazwana zdrową psychicznie przez przynajmniej jedną osobę. Śniłam długo, często i wręcz przesadnie wyraziście i naprawdę często zdarzało się, że kaca psychicznego miałam po tym całymi dniami. Nieraz w snach czułam się o wiele bardziej prawdziwie, niż po przebudzeniu. Sny były fantastyczne, naszpikowane doznaniami, które były równie niezwykłe i fascynujące, jak i niemożliwe do nazwania, a przede wszystkim barwniejsze i znacznie żywsze w pamięci, niż zwyczajne, prawdziwe wspomnienia. W nocy lubiły mnie odwiedzać zarówno moje największe lęki i koszmary, jak i marzenia i pragnienia, o których nieraz wcześniej nie zdawałam sobie sprawy. Sny pozostawiały po sobie uczucie pustki i dotkliwą tęsknotę, czasem niemożliwą do stłumienia przez długi czas. Moje popieprzone sny są przecież głównym powodem, dla którego zaczęłam pisać książki – bo zbyt często mam wrażenie, że jeśli nie pozwolę panoszącym się w nich odczuciom ujrzeć światła dziennego, jeśli nie pozwolę, by nareszcie znalazły ujście, zwyczajnie rozsadzą mnie od środka.
Tak, a teraz moje porąbane sny były wypełnione dziwnym niepokojem, którego nie potrafiłam ukierunkować, uczuciem zagrożenia nadchodzącego z nieokreślonej strony, poczuciem, że coś się szykowało, i duszącym w piersi wrażeniem zagrożenia, od którego chciałam uciekać, a o którym wiedziałam doskonale, że ucieczki przed nim nie ma, bo siedzi przecież we mnie. To było coś wielkiego, mrocznego, przerażającego mnie do głębi, cholernie nieprzyjemnego i być może tragicznego w skutkach... Bałam się tych snów. Nie wiedziałam, na ile powinnam tym odczuciom wierzyć, a na ile uznać je za kolejne dziwactwo wymęczonego życiem umysłu. Nie wiedziałam, czy powinnam ufać własnemu mózgowi, gdy budziłam się w środku nocy i znowu coś przyzywało mnie na zewnątrz. Przyzywało i obiecywało, że gdy je spotkam, wydarzy się coś niewyobrażalnie potwornego...
To były początki histerii, czy naprawdę powinnam komuś o tym powiedzieć?
Nigdy nie słyszałam, by możliwe było śnienie proroczych snów, ale o wilkołaczym instynkcie i najdziwniejszych sposobach, w jaki się objawiał, opowiadano mi od najmłodszych lat. Tylko że wilkołakiem byłam jedynie w połowie i u mnie nie musiało to wcale być takie proste. Mogłam być wariatką, a nie wilczym wykrywaczem kłopotów. I, szczerze mówiąc, w tę opcję jakoś mocniej wierzyłam.
Cholera, bałam się, że uznają mnie za tą wariatkę. Już i tak nie mieli o mnie najlepszego zdania po tej hecy z półdemonami, a jakby do tego doszło coś w tym rodzaju... chyba byłabym w oczach swojego stada niejako skreślona. Przynajmniej ze stanowiska równej koleżanki, do której można zwrócić się ze wszystkim.
Bałam się. A tym strachem i wahaniem mogłam wszystko dodatkowo pogorszyć.
Kilka dni, gdy było mi najgorzej, spędziłam na udawaniu chorej, bo w pewien sposób tak właśnie się czułam – nie trzeba było specjalnie symulować, żeby rodzice się nabrali. Nieustanny lęk, niemożliwy do ugłaskania niepokój i podenerwowanie sprawiały, że czułam się jakby... obok wszystkiego. Jakbym chwilami traciła kontakt z rzeczywistością, jakbym oglądała świat przez grubą, upierdzieloną szybę. Ciężko mi było skupić się na czymkolwiek, z opóźnieniem łapałam, gdy się do mnie mówiło, więc nie tak znowu trudno było dać do zrozumienia mamie i tacie, że raczej mam gorączkę. W tym fakcie pomagało niejako to, że termometru z mieszkania w zamkniętym na pół roku bloku nie wzięliśmy, a podobne stany zawsze przechodziły mi po kilku dniach same z siebie, więc i tak nie było po co kupować nowego. Zostawałam w domu, zaszywałam się pod ciepłą kołdrą, gdzie mogłam wmówić sobie całkiem skutecznie, że żadne zmartwienia mnie nie dotyczą. Były jednak i takie momenty, w których czułam świetnie, że w ten sposób jedynie pogarszam – bo może gdybym znalazła sobie jakieś choćby i banalne zajęcie, byłoby mi łatwiej powrócić do żywych. Szkoda, że decyzję o wyjściu z łóżka było tak trudno podjąć.
To nie tak, że rodzice z marszu uznali, że musiałam złapać jakiegoś wirusa i szybciutko dali mi spokój, bym mogła się samodzielnie wykurować. Z początku zauważali, że coś jest nie tak, martwili się, mama zaczynała się nawet bać, że na tym cholernym obozie wydarzyło się coś złego, że ktoś zrobił mi tam krzywdę. Trochę to było irracjonalne, no bo z zasady ciężko jest skrzywdzić kogoś, kto nie rozstaje się z bagnetem i umie na zawołanie zmienić w gigantycznego wilka, ale sama przyznaję, że tak musiało moje zachowanie wyglądać z boku. Sama to widziałam, a to chyba najlepiej świadczy o tym, że naprawdę musiało być źle. Nie chciałam powiedzieć, co mnie dręczy, zasłaniając się za każdym razem ogólnym zmęczeniem i wrażeniem, że jestem chora, powtarzałam, że boli mnie głowa i jest mi jakoś tak niewyraźnie, a gdy zostawałam sama, coraz mocniej w swoim własnym zakresie wpędzałam się w dołek, poświęcając zbyt dużo czasu na zastanawianie się nad tym i wsłuchiwanie we własne ciało. Coś mi podpowiadało, że jeśli się w siebie właśnie wsłucham, to zdołam odkryć przyczynę tego wszystkiego, znaleźć dziurę, z której wypełza, i być może ją załatać, ale zdrowy rozsądek wciąż oponował, święcie przekonany, że to może jedynie sprawę pogorszyć. Bo przez to doszukiwanie się przyczyny zapędzę się w problem jeszcze bardziej i pozwolę, by mnie pochłonął. Poddam się, zamiast walczyć.
Rodzice z czasem uwierzyli, że to choroba. Tylko Ladon chodził jak struty. Często przyłaził do mojego pokoju i chociaż sam od jakiegoś czasu wciąż był dziwnie zmęczony, próbował zamęczać mnie rozmowami o kompletnych bzdetach. Nie dało mu się wmówić, że czuję się zbyt źle, by móc skupić się na czymkolwiek. Jego nie mogłam oszukać. On przecież czuł moje emocje, do cholery. On widział, że cierpię, i wychodził z siebie, bo nie mógł niczego z tym zrobić.
Coraz mocniej tego mojego w gruncie rzeczy niechcianego braciszka kochałam.
Jak na złość, do tego wszystkiego pełnia zbliżała się wielkimi krokami. Jakiś dzień przed nią, gdy poczułam w końcu oddziałującą na mnie moc księżyca, wypełniła mnie energia, ale wyszło to chyba jeszcze gorzej, niż gdy całe dnie spałam. Zerwałam się z łóżka po blisko tygodniu symulowania choroby, by wpędzić się w coś w rodzaju powoli rodzącego się ataku paniki. Na siłę szukałam zajęcia, kręciłam się po domu, podejmowałam wszystkiego, co przynajmniej na chwilę pozwoliłoby mi odciąć się od własnych myśli i czającego się o krok lęku. Chciałam o tym rozmawiać. Wiedziałam, że muszę to poważnie obgadać ze sforą, a okazja szykowała mi się najlepsza z możliwych. Czekałam na pełnię, mając nadzieję, że gdy wszyscy będziemy przymusowo trwać w wilczych skórach, będzie mi prościej jakoś ubrać to wszystko w słowa, a im wysłuchać.
Ta, kolejna iluzja. Mądrze, Leah, mądrze. Co się z tobą dzieje, laska?
Mama, widząc, w jakim jestem stanie, na siłę wciskała mi coraz to nowsze obowiązki. A to umycie okien, czego nie podejmujemy się częściej niż raz w roku, wyznając zasadę, według której nie ma to sensu, bo przecież zaraz będą takie same; a to pomoc w rozpakowaniu kilku rzeczy, które trzeba było dokupić, by dało się żyć, a to szukanie w internecie mebli, których jeszcze brakowało, mycie podłóg z kurzu i zaniedbania, jakie jeszcze czaiło się w niektórych kątach... Dużo tego było. Część spraw okazywała się tak absurdalna, że aż niemożliwe, by nie wciskała mi ich właśnie na siłę, widząc, że inaczej wyjdę z siebie – jak na przykład odkurzanie strychu, z którego mieliśmy jeszcze długo nie korzystać, bo nie było takiej potrzeby. Z czasem jednak i takie pomysły jej się skończyły, więc postanowiła... wysłać mnie z receptami do swojej pacjentki.
Oniemiałam. I to tak kompletnie, nieodwołalnie i niedyskretnie.
Ale przecież to jest w centrum miasta – wydukałam, gdy już choć trochę odzyskałam głos.
Tak. I co z tego? – Mama zerknęła na mnie krótko znad odgrzewanego obiadu.
No przede wszystkim to, że do centrum miasta jest stąd w kij daleko – podsunęłam usłużnie. – Prędzej umrę, niż dojdę tam na piechotę. Nie możecie im tych recept podwieźć kiedyś przy okazji? Jutro na przykład, jak będziecie iść do pracy?
Możemy. Ale to ty szukałaś dla siebie jakiegoś zajęcia, nie ja. Jak nie chcesz, to nie, nie musisz. Po prostu nic innego już dla ciebie nie mam. – Bezradnie rozłożyła ręce, robiąc przepraszającą minę. Zamieszała ryż z sosem słodko-kwaśnym i jeszcze raz wsadziła go do mikrofalówki, nieusatysfakcjonowana, choć nie sprawdziła nawet wcześniej jego temperatury.
Nie mogę pograbić liści przed domem? – zaproponowałam szybko.
Ladon wszystkie zgrabił. Trzy dni temu. A obawiam się, że więcej już ich nie będzie, jest listopad.
Kurde.
Dobra, daj te recepty – westchnęłam ze zrezygnowaniem.
I ruszyłam na podbój.
Mieszkanie na odludziu spodobało mi się znacznie mniej, gdy przyszło dostać się do miasta na własnych nogach... Szybkich wyskoków po czipsy i słodycze, gdy najdzie mnie nagle ochota, chyba muszę się jak najszybciej oduczyć, bo tu nie ma co na nie liczyć.
Za dużo do czynienia z pacjentami mamy wcześniej nie miałam, ale ochoczo łowiłam o nich wszystkie opowieści, z których większość wystarczała mi za aż nazbyt dokładne wytłumaczenie, dlaczego też mogą leczyć się u psychiatry. Ja nie wiem, jak to jest, że normalni psychiatrzy mogą zajmować się prozaicznymi przypadkami depresji, zmęczenia życiem, tragediami i tak dalej, podczas gdy mojej mamie udaje się trafiać na niemal samych wariatów z prawdziwego zdarzenia... Szczególnie dobrych oczekiwań mieć nie powinnam, ale ciekawa byłam tej wizyty. Lubię kolekcjonować i zapisywać dziwne wydarzenia, by mieć potem co wspominać, gdy kolejny raz odezwie się we mnie ten sentymentalny głosik.
Droga zajęła mi w kij dużo czasu. Od razu pod domem zmieniłam się w wilka i ruszyłam na przełaj, by jakoś sprawę przyspieszyć – minęłam krótki kawałek lasu, przecięłam spore pole, posiłowałam się z zasuszonymi chwastami na rozległym nieużytku i przespacerowałam się już z nieco większą przyjemnością na wpół zapomnianą polną drogą, biegnącą wśród kilku wysokich drzew. Gdy wylazłam z chaszczy w pobliżu dzielnicy dla bufonów, przemieniłam się w człowieka, chcąc nie chcąc musząc pokonać resztę trasy na pieszo. Bo przecież nie mogłam szlajać się pod taką postacią w biały dzień, najruchliwszymi ulicami miasta.
No dobra, może i parę razy mi się zdarzyło, ale warto kiedyś zerwać ze złymi nawykami...
Jakie to do mnie niepodobne, nie? Przecież złe nawyki to określenie, jakie nadaje się do przyznania całemu mojemu życiu...
Wlokłam się nieco bezwolnie przez miasto, nie wykazując praktycznie żadnej chęci do życia. Nie chciało mi się. Po prostu mi się nie chciało. Spotykać się z ludźmi, rozmawiać z ludźmi... żyć. A tu mi jeszcze coś takiego każą robić. Z jednej strony było to o wiele lepsze od siedzenia w domu i poddawania zbliżającemu wielkimi krokami atakowi paniki, lecz wciąż miałam głupie wrażenie, że mogłam sobie o wiele przyjemniejsze zajęcie znaleźć. Nie lubię brać się za coś, po czym nie wiem, czego powinnam się przynajmniej w przybliżeniu spodziewać.
Skupiałam się na otoczeniu, próbując wmówić myślom, że kiepsko byłoby, gdyby znowu zaczęły mi się rozbiegać w kierunkach cokolwiek niepożądanych. Nie miałam ochoty na to, by odwaliło mi na środku ulicy, a na to się zanosiło, gdy tylko pozwalałam, by mój mózg brał sprawę we własne ręce.
Pacjentka mamy mieszkała w samym centrum, w jednej z kamienic na starym mieście. Stare miasto mamy naprawdę piękne – miejscami wciąż zaniedbane i wypełnione przysłowiowym elementem, ale z każdym rokiem prezentujące się coraz lepiej. I przede wszystkim bardzo duże. Mam wrażenie, że to jedna z tych nielicznych rzeczy, które świetnie udały się pokoleniom architektów przewijających się przez te ziemie. Kamienice są duże, okazałe, bogate – rzeźbione nieraz w fantazyjne kształty, a każda jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Uliczki między nimi wiją się na szerokość samochodu, wyłożone czystą kostką brukową w bardziej reprezentacyjnych miejscach. Tam jest po prostu przytulnie. Pięknie i bajkowo, trochę jak na koloryzowanej przedwojennej pocztówce. Cudownie się tam spacerowało latem.
Późną jesienią, gdy z nieba siąpiła marznąca mżawka, a wieczór usiłował zakraść się cicho i dyskretnie, już nieco mniej.
Moim celem była duża kamienica na samych obrzeżach dzielnicy, rzeźbiona i pomalowana całkiem niedawno farbą w beżowym, ciepłym odcieniu, dzięki któremu zawsze patrząc na nią wydawało się, że jakby cały czas świeciło słońce. Domofonu nie było, weszłam więc gościnnie otwartą bramą, której strzegły dwie latarnie z kutego metalu, i wspięłam się na drugie piętro nieco zakurzoną klatką schodową. Zawahałam się, zanim nacisnęłam wysłużony dzwonek przy drzwiach. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Właściwie to chyba... wszystkiego. Tak, zapijaczonej narkomanki w samych majtkach, usiłującej zarąbać mnie siekierą za zakłócanie spokojnego popołudnia, raczej też. W końcu skoro mama dostała potwierdzenie, że wiem o swojej wilczej naturze, mogła spokojnie oddelegować mnie do obowiązków, które dla niej jako człowieka mogły okazać się dość nieprzyjemne, co nie?
Nacisnęłam guzik, odganiając serię makabrycznych wyobrażeń. Raz się żyje. Najwyżej odbędę pierwszą w swoim życiu prawdziwą walkę na noże. Ta z Ladonem, podczas której obezwładniłam się sama, przecież się nie liczy...
Kobitka, która otworzyła drzwi, faktycznie była dość niezwykła, ale w pozytywnym sensie. Po prostu mnie... oczarowała.
Na oko siedemdziesięcioletnia staruszka trzymała się idealnie prosto, a figurę miała taką, że pewnie niejedna młodsza kobieta umarłaby z zazdrości na sam widok. Przyjemnie zaokrąglone biodra, dość duży biust i mocne wcięcie w talii dodatkowo podkreślała wręcz balowa suknia z ciemnoniebieskiego, lekko błyszczącego materiału, rozszerzającego się w okolicy kostek i ciągnącego lekko po podłodze. Wyglądało to bardzo niestosownie – aż mnie kusiło, żeby ten tren nosić, bo po prostu nie wypadało, żeby musiała go tak tarzać w kurzu... Maniery miała iście królewskie, wszystkie gesty doskonale wyważone, srebrzyste włosy ułożone, a makijaż mocny i podkreślający wszystko, co najlepsze w twarzy o ostrych rysach. Wszystko w mieszkaniu wyglądało jak żywcem wyciągnięte z dawnych czasów – antyczne meble, lampki o haftowanych kloszach, stare książki, obrazy na ścianach...
Boże, tam było obłędnie.
Nie obyło się tylko na wręczeniu recepty. Dostałam zaproszenie na herbatę, którego za nic nie zamierzałam zignorować. Rozmawiałyśmy bite dwie godziny, jedząc świeżo upieczone ciasteczka i słuchając dobiegającej z drugiego pokoju muzyki z gramofonu. Rozumiałyśmy się świetnie, i to nie tylko przez to, że miałam wrażenie, że sama skończę podobnie na stare lata. Po prostu... coś między nami było, co sprawiło, że czułyśmy się tak, jakbyśmy nareszcie spotkały swoją bratnią duszę.
Nie chciałam stamtąd wychodzić już nigdy. Ale musiałam, bo rodzice już dostawali szału, że nie wstanę następnego dnia do szkoły... Obdarowana obietnicą, że mogę wpaść w odwiedziny o każdej porze dnia i nocy, kiedykolwiek będę tylko chciała, pożegnałam się niechętnie i ruszyłam w drogę powrotną.
W noc, jak się okazało.
Nie wiem dlaczego, ale co roku nie chciało mi się wierzyć w to, jak szybko ciemność zapadała listopadowymi popołudniami.
Zatrzymałam się na chwilę pod kamienicą, odetchnęłam nieco wilgotnym nocnym powietrzem. Wbiłam wzrok w ciemność po drugiej stronie ulicy, która wydawała się wręcz nieprzenikniona, gdy nadal stało się w kręgu ciepłego blasku zabytkowych latarń.
Tak, stare miasto graniczyło z cmentarzem. A cmentarz graniczył z dzielnicą bufonów, przez którą wiodła jedyna sensowna droga do mojego nowego domu. Chyba że chciałabym nadłożyć kilka kilometrów, zataczając wokół niezbyt sympatycznego o tej porze miejsca wymijające koło.
To znaczy... ja nigdy nie bałam się cmentarza. Wspominałam, że mnie fascynuje, bo jest stary, niezwykły i przepiękny. Wspominałam, że swego czasu imprezowałam na nim z pewną inteligentną mocno inaczej emo-gromadką. Nie bałam się. Ni cholery się nie bałam. Normalnie chętnie bym się tam przespacerowała po zmroku, żeby zobaczyć, jak to się wszystko ma o takiej porze dnia...
...ale w jednej chwili cały czający się gdzieś z boku, z trudem powstrzymywany strach zaatakował mnie z pełną mocą, sprawiając, że nie byłam w stanie choćby postawić jednego kroku w tamtą stronę.
Bałam się. Drżałam, ostatkiem sił wmawiając sobie, że zaufanie wilczemu instynktowi i wzięcie nóg za pas nie jest najlepszym pomysłem. Zaciskałam dłonie w pięści aż do bólu, natarczywie wpatrując się w nieprzyjazny mrok...
Tam coś było. Tam musiało coś być...!
Albo znowu ci odbija, mała wilczyco.
Nie, tam nie może niczego być. No bo niby co by to było? To tylko moja cholerna wyobraźnia. Może po prostu to odpowiedni moment, by zwrócić się do mamy o jakieś magiczne proszki, bo zaczyna mi odbijać z tego wszystkiego. Może...
Tam nic nie ma i zaraz się o tym przekonasz, kretynko.
Zaczerpnęłam powietrza, jak przed nurkowaniem do lodowatej wody, i ruszyłam przecinakiem przez podejrzanie pustą ulicę, nie zaprzątając sobie głowy szukaniem przejścia dla pieszych. Zanurzyłam się w mroku prowadzącej wzdłuż cmentarza drogi, nie pozwalając, by irracjonalny strach odebrał mi resztki zdrowych zmysłów.
Ciemne kasztanowce wznosiły się wzdłuż wąskiej w gruncie rzeczy drogi, ostro opadającej w dół. Ceglane mury cmentarzy po obu jej stronach kusiły zamkniętą za nimi tajemnicą, jednak nie na tyle, bym chociaż zwolniła kroku. Mimo wszystko, choć gołym okiem widziałam, że nic się tu na mnie nie czai, jakoś nie uśmiechało mi się robienie zbędnych postojów, nawet dla podziwiania niezwykłych widoków.
Chociaż czy ja wiem, czy tak zupełnie niczego tam nie było?
Szłam szybko, gdzieś w piersi czułam już nieprzyjemne ściskanie, zerowa kondycja fizyczna mogła dać o sobie znać w każdej chwili. Miałam cichą nadzieję, że może jednak wstrzyma się, dopóki nie znajdę się w nieco żywszym otoczeniu, ale liczyłam się z tym, że wcale nie musi być tak kolorowo. Coś w głębi mnie krzyczało ostrzegawczo, że nie wolno mi się teraz zatrzymać, że jeśli to zrobię, stanie się coś strasznego... coś mnie złapie...
Przecież tam niczego nie było, prawda?
Tylko skąd ta pewność? Czy to nie była może jednak jedna z tych sytuacji, w których powinnam zaufać instynktowi?
Po czym to poznać? Jeśli dalej będę się tak zastanawiać, to pewność zyskam pewnie dopiero wtedy, gdy ewentualny wróg zacznie mnie konsumować.
Szłam. Prawie biegłam. Bałam się. I jak na złość, pomimo wczesnej godziny zdawało mi się, że jestem w okolicy zupełnie sama.
Gdy zawiał delikatny wiatr, w mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Choć coś wciąż powtarzało mi, że nie powinnam tego robić, zatrzymałam się gwałtownie, dosłownie zamarłam na kilka chwil, jak wilk unosząc głowę i smakując powietrze. Ten wiatr... Powietrze, które niósł na swoim podmuchu, było dziwnie ciepłe i miało bardzo charakterystyczny zapach. Zapach nieco kojarzący się z mokrym cementem, tanią farbą drukarską, makulaturowym papierem średniej jakości i... czymś złym.
Nie wiem, co to było. Grunt, że zdążyłam odskoczyć dosłownie w ostatniej chwili, zanim z impetem rozbiło się o ziemię w miejscu, w którym do tej pory stałam. Przemieniłam się w wilka jeszcze w locie, puściłam się szaleńczym biegiem w stronę majaczącej po mojej lewej stronie bramy cmentarza. Zderzyłam się z nią tak pięknie, że aż cud, że nie wypadła z zawiasów – uderzenie rozeszło się po wszystkich moich kościach, zabolało jak jasna cholera, aż się przewróciłam od własnego impetu. Przez chwilę zupełnie zamroczona, nie mogłam podnieść się z ziemi. Wiatr wiał coraz mocniej...
Tak, do diabła, brama była zamknięta. Wciąż spanikowana, rzuciłam się w stronę drugiej – idealnie naprzeciwko, prowadzącej na drugi z cmentarzy. Też sobie z nią nie poradziłam, choć przekonałam się o tym nieco mniej spektakularnie.
Miałam wrażenie, że na wietrze tym razem unosi się również szyderczy śmiech...
Nie wiem, jak to zrobiłam, ale zdołałam wspiąć się na wysoki ceglany mur. Zeskoczyłam po jego drugiej stronie, w panice szukając wzrokiem schronienia. Najbliżej miałam do jednej z kaplic – za dość ironiczne uznałam to, że to była właśnie jedna z dwóch, do których najmocniej chciałam się dostać, by obejrzeć ich wnętrza. Niby okazja jak każda inna, szkoda tylko, że mało mnie to w tej chwili obchodziło...
Nie wiem, jak to możliwe, ale prowadzące do ciemnego środka wrota okazały się być otwarte. Przemieniłam się w człowieka, szarpnęłam za klamkę, wskoczyłam w cuchnący wilgocią i stęchlizną mrok, zatrzasnęłam drewniane skrzydło jak najszybciej i oparłam się o nie plecami, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
W kaplicy było cicho i spokojnie. Zbyt spokojnie... Ciszę rozpraszał jedynie mój przyspieszony, ciężki oddech i szaleńcze bicie mojego serca. Zaczynałam dusić się wirującym w powietrzu kurzem.
Nie widziałam kompletnie nic. Po chwili zastanowienia, gdy uznałam, że nic nie czaiło się na zewnątrz, odważyłam się wyjąć z kieszeni kurtki telefon i włączyć w nim latarkę. W słabym blasku diody widziałam nieco przykurzone, lecz wciąż mimo to dziwnie lśniące zdobienia na ścianach i sklepieniu – absurdalnie kolorowe, bogate, kipiące przesytem, choć mimo to przepiękne i przywodzące na myśl raczej zamek z książeczki o księżniczkach, niż coś religijnego. Mozaiki z drobniutkich płyteczek lśniły morskim błękitem, a płaskorzeźby w kształcie kolumn i sklepienie kojarzyły mi się z wykonanymi z metalu. Delikatna perłowa zieleń fascynowała mnie i przerażała jednocześnie.
Tam naprawdę było aż tak niezwykle? Czy może jednak znowu wpakowałam się w coś, w co zdecydowanie nie powinnam się pakować...?
Nie, nie mogłam tam zostać.
Na zewnątrz wciąż szalał wiatr, o czym przekonałam się, gdy tylko odważyłam się otworzyć drzwi na szerokość palca. Oprócz tego nie widziałam jednak niczego niepokojącego. Wydawało mi się też, że jest nieco jaśniej, choć to mogło być spowodowane złudzeniem przez kompletny mrok panujący w kaplicy.
Wyszłam na zewnątrz. Znowu przemieniłam się w wilka – nie chciałam polegać tylko na przytępionych ludzkich zmysłach. Szłam powoli, wręcz skradałam się, stawiając łapy najciszej jak tylko mogłam. Bałam się, że jeśli tylko wykonam gwałtowniejszy ruch, jeśli zaszeleszczę choćby jednym zbędnym źdźbłem trawy, to coś znowu mnie namierzy...
Co się tam dzieje? – rozległo się w mojej głowie.
Mało nie wyszłam z siebie. Zaklęłam w myślach, wspięłam się na mur. Z trudem spróbowałam utrzymać na nim równowagę, przez dłuższą chwilę balansując na wąskim szczycie, chcąc dokładniej rozejrzeć się po okolicy.
Nic. Pusto.
Leah, co się tam dzieje? Gdzie ty jesteś? – denerwował się Brady.
O wiele łatwiej by było, gdybym sama wiedziała, co się dzieje – parsknęłam. – Kurde, za często to powtarzam.
Czułem przez chwilę od ciebie panikę, potem kontakt się urwał – syknął Sam. – Co jest?
Nie wiem, okej? Po prostu nie wiem – jęknęłam. Gdy tylko znalazłam się na popękanym chodniku, puściłam się przed siebie pełnym galopem. Chciałam zniknąć stąd tak szybko, jak to było możliwe. Chciałam schronić się w swoim domu, chciałam... Chciałam, żeby Ladon był obok. Bo chyba tylko przy nim miałam poczuć się bezpiecznie.
Jeśli dobrze wyczułem, to coś śmierdziało kraterem – syknął Seth.
Leah, poważnie, odbija ci na stare lata, czy tam faktycznie...?
Już miałam odpowiedzieć cokolwiek nieprzyjemnym tekstem, w którym nie brakowałoby epitetów określających znikomy iloraz inteligencji Brady'ego, gdy przeszkodzono mi w najbardziej perfidny sposób, jaki tylko mogłam sobie wyobrazić. Mianowicie coś rzuciło mi się od tyłu na grzbiet. Coś na tyle wielkiego i silnego, że łapy dosłownie załamały mi się pod jego ciężarem. Upadłam na beton, przejechałam po nim kilka metrów, obtarta skóra i miejsca po wyrwanej sierści zapiekły tak, że aż z oczu pociekły mi łzy i zaskowyczałam żałośnie.
Kurwa! – wyrwało się któremuś z wilków.
Z ust mi to wyjął.
Szarpnęłam się wściekle, czując charakterystyczny zapaszek krateru zdecydowanie bliżej, niż bym sobie tego życzyła. Zawyłam rozpaczliwie, powoli wpadając w panikę, gdy silne dłonie bez trudu zacisnęły się na moim gardle. Krótkie szarpnięcie wykręciło mi łeb pod tak nienaturalnym kątem, że aż zakłuły wyginające się do granic wytrzymałości kręgi szyjne. Cokolwiek to było, niemalże skręciło mi kark.
Czułam gorący oddech na uchu. Czułam, że to równie dobrze być mój...
Koniec? O nie, nie ma takiej opcji.
Zwiotczałam na moment całkowicie. Silne dłonie odpuściły, wyczuwając, że przestałam walczyć – może ich właściciel chciał mnie żywą. Ponownie wtedy się spięłam i z najwyższym trudem przeturlałam na plecy, obracając w ramionach ogromnego przeciwnika. Właściwie na oślep wystrzeliłam w jego stronę jak atakujący wąż, wgryzłam się w pierwsze, co się nawinęło, szarpnęłam z całej siły, aż poczułam tryskającą szeroką strugą krew, wyrwałam się i zaczęłam spierdzielać, jak chyba nigdy w życiu.
Co to było?! Leah, co to, do cholery?! – Embry, który musiał przemienić się całkiem niedawno, dosłownie wychodził z siebie.
Myślisz, że miałam czas, żeby mu się przyglądać?! Chcesz, to sam sprawdź! – odparowałam. Dla mnie nie istniało już nic poza majaczącymi kilkanaście metrów dalej światłami dzielnicy dla bufonów. Pierwszy raz tak ucieszyłam się na jej widok.
Sami tam nie pójdziemy, trzeba zawołać wsparcie – myślał szybko Seth.
Mam nadzieję, że jeszcze nie śpią. – Embry przysiadł na tylnych łapach i zawył z całych sił. Nigdy nie rozumiałam, jak to dokładnie działało, ale gdy on lub Quills robili w podobny sposób, byli w stanie w większości wypadków zerwać z łóżka nawet mnie, obojętnie jak daleko się znajdowali. Być może była to jakaś forma rozkazu.
Wolna przestrzeń przemknęła mi przed oczami jak mgnienie, lasu nawet nie zauważyłam. Przeskoczyłam furtkę, uderzyłam o drzwi, nie zdoławszy wyhamować. Przemieniłam się w człowieka, ale nie musiałam nawet szukać kluczy – Ladon otworzył gwałtownie, niemal mnie tym przewracając.
Co się stało, do cholery?! – ryknął, siłą wciągając mnie do środka. – Myślałem, że cię tam zabiją! Co to, jakiś wasz kolejny pierdolec między sforami, czy co?!
Mama i tata wyglądali z dużego pokoju ze strachem w oczach. Widocznie brat musiał dostać nerwicy już wtedy, gdy wszystko się zaczęło, doskonale wyczuwszy moje emocje.
Obawiam się, że jest znacznie gorzej – powiedziałam w miarę spokojnie, posyłając wszystkim poważne spojrzenia.
A następnie rozryczałam się i wpadłam Ladonowi w ramiona, nie przejmując się już niczym.

Rozdział 52


Hej, Leiczku...?
Gabrysia pojawiła się nade mną znikąd, gdy to od pół godziny leżałam w łóżku i zastanawiałam się nad tym, czy już opłaca mi się umierać. Wciąż miałam przed oczami perspektywę zbliżającej się imprezki, jarzeniówki brzęczały mi nad łbem, kotlety na półeczce koło łóżka pachniały tak obłędnie... a dom przyzywał mnie z daleka, nęcąc, że jeśli tylko się poddam, wszystko będzie już dobrze. Czułam się okropnie jednym słowem.
Tak...? – Spojrzałam na nią niechętnie, usiadłam, bo cholernie mi się nie podobało, gdy tak nade mną stała.
Zaniepokoiłam się zdrowo, gdy zauważyłam, że obie z Anią przypatrują mi się natrętnie, a w drzwiach stoi jeszcze Karolina.
No bo tak myślałyśmy sobie... Mówili nam, że w tym budynku będzie sklep, a tu się okazuje, że żadnego nie ma – zaczęła Karolina. – Nie mamy w ogóle nic do jedzenia na naszą imprezkę, a Gabrysia coś wspominała, że może jak poprosimy ciebie...
Że co? – Oprzytomniałam w jednej chwili. – Niby jak? Wyczaruję wam? – Rozłożyłam bezradnie ramiona.
No cóż... Trudno, szkoda. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Pamiętajcie, przyjdźcie za godzinę do pokoju Justyny i Zuzki, nie spóźnijcie się. – Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. Ania po kilku sekundach zerwała się z miejsca i poleciała za nią, jakby zapomniała o czymś ważnym.
Coś ty jej powiedziała, że mogę wyczarować żarcie? – jęknęłam w stronę wciąż przyglądającej mi się Gabrysi.
Nie, myślałam, że sama na to wpadniesz. – Westchnęła z politowaniem. – Umiesz się przemieniać, co nie? Byłby problem, gdybyś skoczyła do miasteczka? Trochę daleko, żebyśmy my tam szły...
Nawet nie ma takiej opcji, nie będziecie się mną... – zaczęłam dość ogniście, lecz zawahałam się w ostatniej chwili. – Albo czekaj. Zobaczę, co da się zrobić. – Próbowałam się powstrzymać, ale uśmiechnęłam się zaraz szeroko.
Supcio! Wiedziałam, że na ciebie można liczyć, Leiczku! – pisnęła, przytuliła mnie mocno, podskoczyła kilka razy.
Wyjęłam z torebki portfel, z niego kartę kredytową. Nie mam na niej szczególnie dużo – załatwiłam ją sobie raczej tylko po to, by móc kupować bilety w komunikacji miejskiej lub drobne rzeczy, gdy nie chce mi się szukać bilonu, ale na żarcie przecież powinno wystarczyć. A przy okazji może nie umrę z głodu? Może uda mi się ten beznadziejny wieczór jakoś... pokolorować?
Zaraz wracam – zawołałam do wciąż głupio się śmiejącej koleżanki i wyszłam szybko z pokoju, zanim zdążyło jej się przypomnieć, czy nie chciała czegoś więcej.
Internat był ciemny i jakby opustoszały. Dziwne to było – spodziewałam się raczej tłumów, skoro był rok szkolny, a tu pozostałe piętra wyglądały mi na niezamieszkałe. Poruszałam się cicho, nie zapalałam nigdzie świateł, pamiętając, że drużynowa zabroniła nam kręcić się poza naszym piętrem po dziewiętnastej. Na szczęście dotarłam na sam dół, nie spotkawszy nikogo po drodze.
Śmiać mi się chciało, tak głupio to musiało wyglądać. Otworzyłam bezszelestnie drzwi – na szczęście nikomu nie przyszło do głowy, by zamykać je na noc na klucz – i wyszłam na świeże nocne powietrze. Przed budynkiem świeciła jedna stara latarnia, rzucając słaby siny poblask na porzucony autobus i asfaltowy plac, jednak wszystko poza tym zdawało się tonąć w mroku. Zawahałam się na moment, bojąc, że ktoś jednak mnie zauważy, ale gdy dłuższą chwilę nic się nie działo, uznałam, że jestem sama. Wyszłam odważnie na popękane betonowe schodki, zeszłam po nich jak gdyby nigdy nic. Kartę schowałam do kieszeni spodni, by tak jak ubrania została „wchłonięta” pod skórę, gdy się przemienię.
Na ramionach od razu rozsypała mi się gęsia skórka. Było cholernie zimno. Coś tak czułam, że jeszcze kilka takich nocnych wycieczek, a zapalenie płuc mam murowane. Potarłam się dłońmi w złudnej nadziei, że to trochę pomoże.
Przeszłam przez plac raźnym, radosnym krokiem, jak gdyby nigdy nic skierowałam się w stronę bramy. Gdzieś niedaleko po lewej stronie usłyszałam szczekanie, ale miałam nadzieję, że ewentualny pies stróżujący nie uzna mnie za złodzieja. Nie powiem, byłoby odrobinę głupio, gdybym do tego wszystkiego musiała jeszcze pobić się z psem...
Spróbowałam otworzyć furtkę, tu już jednak takiego szczęścia nie miałam. Wspięłam się na nią, usiłując wytłumaczyć swojemu lękowi wysokości, że odległość, jaką mam do ziemi, wcale nie jest nieskończona, zeskoczyłam po drugiej stronie. Zmieniłam się w wilka... i natychmiast ruszyłam pełnym galopem.
Spierniczałam. I w życiu nie czułam się chyba bardziej wolna, niż gdy pędziłam przez puste pole, sprężając łapy do maksymalnego wysiłku.
Biegłam. Pozwalałam, by wiatr rozwiewał gęste zimowe futro, a towarzyszyła mi jedynie noc. Chciałam się śmiać w głos, wyć z dziwnej euforii...
To chyba była adrenalina. Bo zwiałam. Bo mogłam mieć przez to przerąbane. Bo choć na parę minut wyrwałam się z otoczenia, które przypominało mój największy koszmar... Nie przypuszczałam, że mogę w tym wszystkim choć przez chwilę czuć się aż tak dobrze, ale bieg w wilczej skórze zawsze miał w sobie coś takiego, że potrafił wyleczyć mnie z największego doła.
Światła miasteczka widziałam już z daleka, a ono samo ze sporej odległości wyglądało wręcz jak wyspa pośrodku morza czerni. Księżyc i gwiazdy świeciły wprawdzie mocno, tak że nawet jako człowiek widziałabym doskonale w ich blasku, ale nie mogły przecież równać się z nowoczesnymi, na oko ledowymi latarniami.
Grunt, że to nie były jarzeniówki. Jak dziś pamiętam pechowy wyjazd do Austrii z Igą, ciocią i wujkiem – i swój szok, gdy się zorientowałam, że większość ulicznych latarń stanowią jarzeniówki na słupach. Boże, do dzisiaj mam po tym traumę. To chyba byłaby najlepsza terapia na pozbycie się wilczego Zewu...
Gdy tylko znalazłam się w centrum, na które składało się kilka absurdalnie kolorowych, elegancko odnowionych kamieniczek, przemieniłam się w człowieka, dopiero po fakcie zastanowiwszy nad tym, czy przypadkiem ktoś nie mógł tego widzieć. Ruszyłam energicznym krokiem na poszukiwania sklepu. Trochę bałam się, że żadnego nie znajdę – było już w końcu sporo po siódmej, dochodziła dwudziesta, a kto wie, czy na takim zadupiu jest coś ponad prywatne spożywcze, których pracownicy lubią spać w normalnych porach.
Były tam! Zawsze wierna Żabka i dość duży supermarket, czynny do dwudziestej pierwszej, jeśli dobrze przeczytałam napis na drzwiach. Oba sklepy mieściły się w jednym budynku, właściwie ze sobą sąsiadując, ale dłuższą chwilę zajęło mi zastanowienie się, do którego wejść najpierw. Ostatecznie wybrałam spożywczy – wyglądał na taki, w którym stoisko ze słodyczami i czipsami zajmuje dużo miejsca. A poza tym był tych kilka metrów bliżej, a mi robiło się już cholernie zimno.
Kurde, nie przemyślałam tego, że w krótkim rękawku mogę wzbudzić sensację... ale kij z tym. Może uznają, że mieszkam gdzieś niedaleko i nie chciało mi się ubierać, bo wyskoczyłam tylko na chwilę? Chociaż zaraz, w takich miejscowościach to raczej wszyscy znają wszystkich. Ale dobra, nie moje zmartwienie. Nic się nie stanie. Chyba. Najgorszym, co może się wydarzyć, jest kuracja antybiotykowa po tym, jak szczęście by mi się skończyło i zaziębiłabym się tak pięknie, jak to tylko ja potrafię. Złe też by to nie było, bo przynajmniej bym sobie od szkoły odpoczęła.
Pchnęłam ciężkie, okratowane drzwi i weszłam do przyjemnie ciepłego środka. Sklep wystrojem nieźle komponował się z nieatrakcyjnym budynkiem, w którym nocowałam, ale ilość zaopatrzenia zapowiadała się obiecująco. Wzięłam wózek, szybko znalazłam regał ze słodyczami. Nabrałam ciastek, żelków i czipsów, za chwilę dołożyłam też trochę normalnego jedzenia, które dało się przegryźć na zimno – trzy rodzaje tortilli, chleb, ser, szynkę, rzodkiewkę i kilka innych bzdetów. Chwilę zastanowiłam się, czy aby na pewno zdołam je wszystkie przenieść w zębach jako wilk, i popędziłam do kasy.
Pieniędzy też mogło mi w sumie nie starczyć, ale miałam szczęście.
Przez chwilę zastanowiłam się, czy by nie wziąć też tak zwanych procentów, ale zrezygnowałam szybko. Wątpiłam, by ktokolwiek wziął mnie za pełnoletnią. Miałam typ urody, który gwarantował mi kupowanie piwa na dowód do jakiejś czterdziestki.
Popakowałam zakupy w eleganckie siateczki, grzecznie pożegnałam się z ekspedientką i wyszłam w lodowatą noc. Tym razem potulnie weszłam najpierw na opustoszałą drogę wylotową z miasteczka i rozejrzałam dokładnie, zanim przemieniłam się w wilka. Wzięłam siatki w zęby z niemałym trudem, modląc się, by przez to po drodze nie zwymiotować, bo zawsze miałam odruch wymiotny, gdy musiałam trzymać w ustach coś, co nie było jedzeniem, i popędziłam z powrotem w stronę internatu. Tym razem już z mniejszą przyjemnością, ale równie szybko, bo coś tak czułam, że na żałośnie, ale przynajmniej smacznie się zapowiadającą imprezkę się przepięknie spóźnię.
Dobiegłam na miejsce, z niejakim trudem przerzuciłam zakupy przez płot, niemal się wyrąbałam na ziemię, gdy próbowałam wyruszyć za nimi, i raźnym krokiem skierowałam się do internatu. Rzeczy było tak dużo, że ledwo je trzymałam, ale byłam z siebie tak cholernie dumna, że właściwie nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie.
Wspięłam się na czwarte piętro. Było pusto, ale dość głośno, a wszystkie głosy dochodziły z pokoju z numerem 42 wymalowanym olejną farbą bezpośrednio na tandetnych drzwiach, więc o moją sypialnię zahaczyłam tylko na chwilę, by wyposażyć się w torebkę, i... wyruszyłam na harcerską imprezkę.
Poważnie, miałam co do niej mocno mieszane uczucia. Wcześniej nawet się jej bałam, przekonana, że przerodzi się w kolejny element ogólnego koszmaru, jaki będzie śnił mi się po nocach jeszcze przez długie miesiące. Myślałam, że nie ma szans, bym się tam dobrze bawiła. Myślałam, że będzie okropnie nudno, a do tego będę wściekać się na wszystkich po kolei i wciąż ledwo powstrzymywać od przejścia do rękoczynów... ale z perspektywą obżarcia się do nieprzytomności wydało mi się to znacznie mniej straszne. A wręcz całkiem... fajne. Nie wierzę, że to mówię.
Ależ dzień dobry! – wydarłam się, wchodząc do środka bez pukania. Ledwo zmieściłam się w drzwiach, dłuższą chwilę musząc się namęczyć, by wnieść wszystko na raz. No bo przecież dwa razy chodzić nie będę, niczym prawdziwy mężczyzna, prawda?
O rajuśku! – wykrzyknęła Karolina, wszystkie dziewczyny na chwilę dosłownie zatkało.
Mówiłam, że ona coś zaraz wymyśli? – Gabrysia napuszyła się z dumą, aż urosła kilka centymetrów. Z odtworzonym makijażem wyglądała już bardziej jak ona, chociaż w ogóle mi to nie pasowało do idiotycznego mundurka, którego nie zmieniła na normalne ubrania.
Nie wierzę! Jak ty to zrobiłaś?! – Ania dopadła do mnie, wzięła część toreb. Kilka dziewczyn zwolniło łóżko, na które wszystko zrzuciłyśmy.
A, ma się te sposoby – oznajmiłam tajemniczo z szerokim uśmiechem. Satysfakcję miałam jak jasna cholera.
No, chyba uratowałaś nam imprezę – skonstatowała Weronika z podziwem.
Ale tak same słodycze będziemy jeść? – odezwał się jakiś cichy głosik z tłumu.
Oczywiście, że nie! – wykrzyknęłam. – Nie martwcie się, ciocia Leah pomyślała o wszystkim. – Mówiąc to, zaczęłam rozpakowywać prowiant.
Jeszcze zanim na dobre wszystko wyciągnęłam, rozwiały się moje najgorsze wątpliwości – niemal na głos podziękowałam losowi, gdy któraś z dziewczyn podetknęła mi butelkę z piwem. Może właśnie dlatego miały takie wypchane plecaki... Kompletnie to do nich nie pasowało, ale nie zamierzałam narzekać. Zwłaszcza że jakieś wyjątkowo dobre było. Wyglądało na regionalne. Takie z supermarketu na pewno by tak nie smakowało.
Budząc niemałe sensacje, wyciągnęłam z torebki niezbędnik w postaci bagnetu i chusteczek higienicznych i wzięłam się za robienie kanapek. Może i nie wyszły szczególnie idealnie, skoro nie miałam deski do krojenia, ale lepsze to niż nic.
Przede wszystkim to nie były byle jakie kanapki. Kilkanaście głodnych spojrzeń wyglądało mi zza pleców, gdy tworzyłam na kromkach chleba artystyczne kompozycje z sera, szynki, rzodkiewek, ogórka, papryki i kiełbasy. Rany, ja nawet o masełku i pieprzu nie zapomniałam. Nie poznaję siebie. Jak znam życie, w domu byłabym zbyt leniwa, żeby się za coś takiego zabrać, ale gdy mam poczucie, że coś ode mnie zależy, zmieniam się nie do poznania. Może gdzieś tam w ten sposób mam nadzieję, że poczuję się bardziej doceniona...
To co robimy? Gramy w butelkę, nie? – dopytywała Karolina.
Pewnie, że gramy! – rozległo się zewsząd.
W sumie nigdy nie rozumiałam, dlaczego butelka jest obowiązkowa na każdej imprezie, ale byłam tak dumna z tych kanapek, że nie miałam się czego przyczepić.
To która pierwsza dopije, żeby butelka była? – wtrąciła Ania. – Bo chyba na razie żadnej nie... – Urwała, gdy wcisnęłam jej w dłonie swoją pustą butelkę. – O? Ty już?
Macie jeszcze jedno? – spytałam słodkim głosikiem.
Miały. Rany, nigdy nie miałam szacunku dla osób rozpijających się przed osiemnastką, a to już trzecia moja zakrapiana impreza w tym roku... Jeśli dalej tak pójdzie, zamienię się jeszcze w normalną nastolatkę. I co wtedy...?
Szkoda tylko, że jak na razie nie wypiłam jeszcze tyle, by poczuć, że alkohol na mnie działa. Albo miałam tak cholernie mocną głowę, albo z półdemonami było coś nie tak.
Dziewczyny zaczęły przesuwać łóżka i układać się w nierówne koło na powstałym skrawku podłogi. Jedna z nich włączyła jakąś wyjątkowo głupią muzykę z telefonu, na co ponownie przyszłam z pomocą. Nie żebym znowu była taka zarąbiście innowacyjna i najlepsza na świecie, ale zwyczajnie gdy przyniosłam swój przenośny głośniczek, mogłam wybierać, co leci... W sumie dość zastanawiające, że nie zaczęły narzekać na playlistę, skoro gust miały zupełnie inny niż ja, ale może przy kropli alkoholu podoba się każda muzyka.
Jako kolejna z procentów w ruch poszła wódka, ale po jednym prowizorycznym kieliszku odmówiłam. Wstyd przyznać, ale pierwszy raz w życiu próbowałam czystej. Smakowała dokładnie tak samo, jak pachniała. To było tak cholernie niedobre, że szybko wmówiłam reszcie, że wolę nie mieszać, i wróciłam do swojego piweczka. Dłuższy czas i tak nie mogłam zmyć smaku z języka i gardła, choć niezwłocznie zabrałam się za drugą kanapeczkę. Nie wiem, jak można to pić. Na pewno nie dla przyjemności, tylko po to, by się nawalić, bo że komuś to smakuje, to mi się wierzyć nie chce...
Jako pierwsza wprawiła butelkę w ruch Karolina. Nie padło na nikogo bardziej ciekawego, zaczęłam więc w pewien sposób ignorować grę, zwłaszcza że Gabrysi ponownie przydarzył się spory monolog. Kilka kolejek minęło bez fajerwerków, choć porządnie na jakieś liczyłam, odkąd pojawiła się wódka.
Och, Leiczku, ty nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że zgodziłaś się przyjechać – trajkotała moja ulubiona koleżanka, nie przejmując się tym, że nie do końca ją słuchałam. Uparcie przysłuchiwałam się odpowiedziom na głupio wręcz normalnie pytania, wciąż licząc na jakąś sensację, ale przede wszystkim doszukując się w każdej harcerce po kolei indywidualności, nietypowości, pasji... Słabo mi szło. No ale zawsze to ciekawsze niż zwracanie uwagi na emosię, której zebrało się na mówienie czegoś setny raz. Resztę uwagi poświęcałam tworzeniu sensownej listy odtwarzania na telefonie, bym nie musiała za każdym razem w nim grzebać, gdy kończyła się piosenka.
To fajnie – odpowiedziałam na odwal się, by się za szybko nie zorientowała, że mam ją w głębokim poważaniu. Już taka słodko rozpływająca się była lepsza, niż gdyby znowu chciała mi zrobić awanturę z repertuaru „ale ty mnie wcale nie słuchasz”.
No nie? Przyznam, że tak już od dłuższego czasu się zastanawiałam, czy nie poznać cię z dziewczynami, a tu taka super okazja się trafiła.
Aha – przyznałam, sięgając po kolejną kanapkę. Butelka wirowała, ostatecznie jednak zatrzymała się na Ani, chociaż o mały włos, a padłoby na mnie.
No bo tak myślałam sobie, że byś tutaj pasowała. W sensie do harcerstwa. Fajnie by było, gdybyśmy w nim razem były, co nie? To takie trochę jak treningi dla wilkołaków – tropienie, przetrwanie i te sprawy...
No – potwierdziłam. Dopiero sekundę później oprzytomniałam. – Ej, zaraz, co?! Ja nie chcę być w harcerstwie!
Podejrzewam, że wydarłam się nieco za głośno, bo wszystkie spojrzenia skierowały się w moją stronę. Butelka zatrzymała się na Gabrysi, ale mało kto zwracał teraz na to uwagę. Umilkły rozmowy, nawet piosenka jak na złość akurat się skończyła.
Jak to? – Dziewczyna wyglądała na poważnie zszokowaną, jakby nigdy nie brała takiej opcji pod uwagę. – Przecież to super sprawa jest. Pasowałabyś tutaj.
Ja bym tutaj...? – zapowietrzyłam się. Mało brakło, a zaczęłabym jeszcze spazmować.
Tak, i to bardzo. Tu jest fajowo, Leiczku. Przystąp do nas, co? Zgódź się, zgódź! – Złożyła dłonie w proszącym geście. – Proszę, nie możesz się nie zgodzić, no! Karolina, powiesz jutro drużynowej, że Leah do nas...
Kurde, nie, moment! – przekrzyczałam ją z trudem. – Nie zamierzam tutaj dołączać!
Dlaczego? No weź... – Zrobiła jakąś płaczliwą minkę.
Wnerwiła mnie tym jeszcze bardziej.
Nie pasuję tutaj, do cholery! Już się rozpędzam, nie mogę się doczekać, żeby wbić się w te bezkształtne ciuszki, w których wyglądałabym jak salceson z anemią...! – Urwałam gwałtownie. Szlag, że też ja czasem nie umiem po prostu nie mówić...
Dobra, Gabrysia, daj spokój, nie chce, to nie – włączyła się Karolina, próbując załagodzić sytuację. – Skoro Leah nie chce do nas dołączać, to na nią nie naciskaj. Grajmy dalej, zamiast się kłócić.
Dzięki. – Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. – Przepraszam, zdenerwowałam się – dodałam jeszcze szybko, mając nadzieję, że to chociaż trochę pomoże. – A jak się zdenerwuję, lubię mówić dziwne rzeczy... – zwłaszcza prawdę – dodałam w myślach.
Spoczi, nic się nie stało – pisnęła Ania. – To wracamy do gry? Gabrysia, pytanie czy wyzwanie?
Pytanie – westchnęła emosia. Zaraz wyszczerzyła się do mnie i puściła oczko. Coś szybko jej ten foch przeszedł.
Masz chłopaka?
Już nie – wyznała smutnym głosikiem. Ledwo powstrzymałam się od dodania, że zerwała z nim po tym, jak się okazało, że miał nieco odmienną orientację. Ale kusiło... Niestety musiałam być przez przynajmniej chwilę grzeczna, żeby podziękować losowi za to, że ominął mnie publiczny lincz za ten tekst o salcesonie.
Pulchna emo-rączka wyciągnęła się po butelkę. Szkło zawirowało szaleńczo, a gdy zaczęło się uspokajać, wszystkie wstrzymałyśmy oddech. Zaklęłam szpetnie w myślach, gdy szyjka ostatecznie spoczęła na mnie.
Pytanie czy wyzwanie? – spytała Gabrysia, przypatrując mi się z dziwnym błyskiem w oczach.
Pytanie – wybrałam. Niby miałam przez chwilę ambitny plan, by rozruszać nieco towarzystwo, ale coś tak czułam, że wyzwanie w jej przypadku mogłoby brzmieć „dołącz do harcerstwa”, a nie wiedziałam, jakie są konsekwencje przegranej... Z pewnością wolałam wyjść na drętwą, niż musieć przez lata męczyć się z nimi choćby tylko formalnie. Kurde, harcerstwo kojarzyło mi się tylko z takimi nieatrakcyjnymi salcesonikami i facetami po trzydziestce, którzy nie potrafią zrozumieć, że w krótkich spodenkach i skarpetach podciągniętych nad kolana wyglądają nieszczególnie.
Co by się musiało przydarzyć, żebyś chciała mnie zabić?
Okazja – palnęłam, tym razem nie zdążywszy dziabnąć się w język. Na szczęście roześmiała się głośno, widocznie uznawszy to za świetny żart.
Nie, to nie był żart, okrutny świecie. Tylko nie wiem, dlaczego tak uparcie nie chcesz tego zrozumieć...
Impreza toczyła się dalej swoim rytmem. Nudziłam się nieco, robiłam coraz bardziej śpiąca. Wprawdzie jakąś godzinę później doczekałam się wreszcie swoich wymarzonych „fajerwerków”, gdy to alkohol doszedł do nieprzyzwyczajonych głów i faktycznie coś się zaczęło dziać, ale i tak miałam nadzieję, że będzie lepiej. Wrzeszczenie na korytarzu „kocham drużynową” nie było jakoś szczególnie wyrafinowane, a jedynym, co faktycznie sprawiło, że mogłam uznać, że warto było się tu pokazać, było to, jak mocno już naprute Karolina i Zuzka zaczęły w samych stanikach tańczyć na tapczanie do Highway to Hell.
Wszystko zakończyło się tak późno, że nie wiedziałam, jak ja rano dam radę zwlec się z łóżka. Nie zapowiadało się to dla mnie świetlanie, ale starałam się być dobrej myśli – zwłaszcza że zresztowało się całkiem sporo smacznych rzeczy i wszystkie skrupulatnie zebrałam i zachomikowałam w swojej walizce, więc nie miałam już przed sobą perspektywy głodu.
No i było faktycznie źle rano.
Nie, nie chodziło o to, że miałam kaca. Chodziło o to, że niechcący uświadomiłam sobie, że będę budzić się w tym koszmarze jeszcze dwa razy. I jeszcze dwa razy zasypiać. Nie wiem, jak to wytrzymam. Na kolejne w miarę fajne imprezy nie miałam co liczyć. Dzisiaj czekała mnie dawka harcerskich zabaw, z których pewnie i tak żadnej nie zrozumiem.
Dopchanie się do przerażającej łazienki, gdy służyła całej naszej trzydziestce, i jednoczesne niespóźnienie się na śniadanie okazało się średnio wykonalne. Zajęłam miejsce w kolejce na korytarzu dość szybko, ale i tak miałam przed sobą wiele osób, z których co druga musiała przecież brać porządny prysznic, nie wykazując ani trochę pośpiechu. Karolina i Zuzka wyglądały na nieco skacowane i obserwowanie ich przysparzało mi sporo frajdy, ale oprócz tego dzień zapowiadał się tak nudno, że aż mnie coś w kiszkach ściskało.
Oporządziłam się szybko, gdy już dopchałam się do łazienki. Makijaż na szczęście zrobiłam sobie jeszcze w pokoju, bo tu okazało się, że światło jest tak słabe, że mogłam sobie jedynie o tym pomarzyć. Spieszyłam się, bo wyczuwałam w powietrzu bardzo delikatny aromat czegoś smacznego... Nie byłam pewna, czy go sobie nie uroiłam, bo trochę ciężko, by dotarł aż na czwarte piętro, ale gnana nadzieją popędziłam na stołówkę najszybciej, jak się dało.
Nie zawiodłam się. Sympatyczne tościki z roztopionym serusiem i szyneczką nie uchowały się przede mną długo. Pochłonęłam osiem, nie przejmując się zbytnio tym, że ci, którzy jeszcze nie dotarli, też mogą mieć na nie ochotę.
Najedzona z zapasem na przynajmniej pół godziny, mogłam odważnie stawić czoła czekającym mnie atrakcjom...
...ale gdy tylko przekonałam się, co tak naprawdę dla nas szykują, błyskawicznie zmieniłam zdanie.
To były cholerne gry terenowe. Ja pierdzielę.
Na mrozie. I deszczu. Smutną jesienią, gdy szybko robi się ciemno i jedyne, na co człowiek ma ochotę, to kubek ciepłego kisielu, koc, Kot i dobra książka. W okolicy, która mimo wszystko nie była jednak szczególnie urozmaicona.
Pieprzone gry terenowe. Czujecie to?
Jak można się łatwo domyślić, byłam w nich kompletnie beznadziejna.
Nie umiałam szukać zaginionych przedmiotów. Nie umiałam śmiać się z debilnych wierszyków, jakie znajdowały się na karteczkach ze wskazówkami, przyczepionych w przypadkowych miejscach. O tyle dobrze, że przynajmniej w znajdowaniu tych karteczek byłam dobra, bo Gabrysia i Ania jeszcze gotowe mnie zlinczować. Miny miały średnio obiecujące, gdy kolejny raz zdarzało mi się zadeptać poszlakę lub poprosić o chwilę przerwy na łyka kawy i ciastko.
Męczyłam się. I tak chciałam do domu, że aż mnie to bolało.
Wieczorem, gdy nieszczęsna gra dobiegła końca (a ja jak zwykle nie zrozumiałam nawet, kto ją wygrał, taka jestem spostrzegawcza), nadszedł czas na... ognisko. Na mrozie. Wprawdzie wyszło na tyle ogromne, że faktycznie było przy nim ciepło, a na pieczone kiełbaski nie zamierzałam narzekać, zwłaszcza że zjadłam ich dziesięć po tym, jak okazało się, że niemal połowa uczestniczek to weganki, i tak miałam wrażenie, że jeśli nie obudzę się następnego dnia z bólem gardła, będę mogła wpisać to do swoich życiowych osiągnięć.
Ale. Gdyby to ognisko było do końca miłe i przyjemne, to mój Pech by się chyba – za przeproszeniem – zesrał.
Siedziałam sobie właśnie na jednym z pniaków, które ktoś zgromadził wokół paleniska w charakterze ławek. Odmrażałam sobie pęcherz, przeżuwałam ostatniego kęsa dziesiątej kiełbaski, zastanawiając się, czy aby na pewno się nie porzygam, gdy go połknę, i myślałam sobie nad wszystkim i niczym jednocześnie, patrząc w wysokie płomienie, gdy dopadła mnie... drużynowa.
W blasku płomieni i ciemności wieczora wyglądała chyba jeszcze gorzej niż normalnie. Mało brakło, a zaczęłabym żałować, że jednak tą kiełbaskę przełknęłam. Spięłam się nieco, czekając, aż się odezwie, bo patrzyła mi prosto w oczy i ewidentnie szykowała się do otwarcia ust.
Nie, przez te wszystkie dni nie była ani trochę szybsza, niż pierwszego poranka.
Leah, czy mogłabym z tobą porozmawiać?
Chciałam powiedzieć „nie” dla samego tego, by zobaczyć, jak zareaguje, ale ostatecznie skinęłam po prostu głową.
To świetnie. – Poprawiła się na siedzeniu. – Obserwowałam cię przez te dni. Przyznam, że na początku byłam zdziwiona, że Gabrysia zaprosiła kogoś spoza harcerstwa, ale jak tak na ciebie patrzę... Nie chciałabyś do nas dołączyć? Myślę, że do nas pasujesz.
Ja pierniczę, prawie spadłam z pieńka.
Kurde, nosz cholera jasna, dlaczego wszyscy muszą mi to mówić?! W czym ja niby do nich pasuję? Też ubieram się w coś, w czym wyglądam jak salceson? Też lubię wymieniać się wymuszonymi wojskowymi salutami i pozdrowieniami, które tylko mnie śmieszą? Też lubię śpiewać idiotyczne piosenki przy ognisku, gdy ktoś zaczyna fałszować na gitarze? Jezu, miejże litość...!
Hm... Nie, raczej nie – wydukałam wreszcie. Miałam nadzieję, że to wystarczy...
Ale dlaczego? Poznałaś tutaj kilka świetnych dziewczyn, zaprzyjaźniłaś się z nimi...
Przyjaźnią bym tego nie nazwała – palnęłam, zanim ugryzłam się w język. – Nie, po prostu nie. Mam bardzo dużo zainteresowań i brakuje mi czasu na coś więcej – powiedziałam szybko, mając nadzieję, że zamaskuję tym gafę.
Gabrysia prosiła, żeby wspomnieć, że bardzo jej na tym zależy...
Ale nagle zapragnęłam pierdzielnąć się w to ognisko...
Naprawdę nie mam czasu.
Nie byłabyś w stanie zrezygnować z czegoś?
Nie no, tylko tego brakuje! Spojrzałam na babkę z takim szokiem na twarzy, że aż się speszyła i wycofała lekko.
No... dobrze. Skoro taka jest twoja decyzja. – Wstała i odeszła.
Zabierzcie mnie stąd. Proszę, zabierzcie mnie... Jakim prawem w ogóle kobitka mówiła cały czas tak, jakby obserwowała mnie od lat, a nie zaledwie dwóch dni?
Następny dzień był równie powalająco ciekawy, jak poprzedni, z tym że po drodze wybrałyśmy się jeszcze do jakiegoś muzeum, w którym nie znajdowało się zupełnie nic ciekawego. Mniej więcej od godziny szesnastej w sobotę i tak żyłam już jedynie tym, że jeszcze paręnaście godzin, a będę w swoim cudownym, zabałaganionym domu na odludziu. I będę miała normalną łazienkę pod ręką, ja pierniczę... Chyba tego mi brakowało najbardziej. Śmieszne, jak się człowiek do luksusu przyzwyczaja.
Nie wiem, jak ja dotrwałam do poranka, którego wreszcie mogłam po zjedzeniu śniadania spakować manatki i ponownie wepchnąć się do śmierdzącego autobusu. Rany, aż mi się jego zapaszek zaczął podobać, tak mi się kojarzył z wolnością. Chciało mi się płakać ze szczęścia. Chciało mi się tańczyć i śpiewać. Nawet parę rozmów nawiązałam podczas drogi, gdy złapało mnie coś w stylu minuty dobroci dla zwierząt.
I dowiedziałam się jednego, najważniejszego. Że muszę poważnie porozmawiać z mamą w kwestii wymyślania mi sposobów na spędzanie wolnego czasu. Bo ja nie zamierzam drugi raz dać się tak wrobić, nawet nie ma takiej opcji. Już to mało brakło, a by mnie wpędziło do grobu, a z pewnością będzie się śnić jeszcze długo po tym, jak cała reszta zapomni, że taki incydent w ogóle miał miejsce...